Martyna Kaczmarek, niespełna trzydziestoletnia działaczka społeczna, aktywistka na rzecz praw kobiet i ciałopozytywności. Marketerka, modelka curvy i uczestniczka 11. edycji programu Top Model. Influencerka, którą na Instagramie obserwuje prawie 150 tysięcy osób. Kobieta petarda, która nie boi się iść na premierę filmu bez grama makijażu. W wiosennym wydaniu naszego magazynu opowiada o spełnieniu marzeń, hejcie, z którym spotkała się w mediach społecznościowych i swojej trudnej drodze do bezwarunkowej akceptacji własnego ciała.
Rozmawiała: Marta Agata Bieniak
Marta: Jesteś działaczką społeczną, marketerką z wieloma nagrodami na koncie, modelką – sporo, jak na osobę przed trzydziestką.
Martyna: Sporo tego, to prawda, ale dziś już wiem, dlaczego zawsze tak dużo działo się w moim życiu. Jakiś czas temu dostałam diagnozę ADHD. Zaraz po niej przeszłam psychoedukację, która miała na celu nauczenie mnie, jak działa mój mózg. Dowiedziałam się, kim jestem, jaką jestem osobą i z czego wynikają pewne zachowania. Wiele osób boi się próbować nowych rzeczy, boją się oceny, tego, co pomyślą inni, jeżeli się okaże, że jednak to nie jest ich droga. Ja natomiast bardzo lubię wyzwania, nie wstydzę się próbować coraz to nowych rzeczy. I to jest jedna z tych rzeczy, o których chcę głośno mówić – jak nie spróbujesz, to nie będziesz wiedzieć. Chciałabym, żeby ludzie mieli odwagę próbować rzeczy, których pragną, nawet jeżeli to jest nagłe marzenie, które pojawiło się w przypływie chwili.
Tak jak impulsem było zgłoszenie się do programu Top Model?
W ubiegłym roku byliśmy z mężem na szlaku w Karkonoszach i nagle w mojej głowie, chyba po prostu z wysiłku, pojawiła się myśl – a co, gdybym poszła do Top Model? (śmiech) Zaczęliśmy o tym rozmawiać i już wiedziałam, że się zgłoszę. To była najpiękniejsza z przygód, jaką przeżyłam w swoim życiu. I pozwoliła spełnić moje marzenia o wyjściu na prawdziwy wybieg.
Miałaś pomysł na siebie w programie?
Jeszcze na etapie pomysłu na pójście do Top Model włączył się mój zmysł marketingowy i stworzyłam całą strategię wokół udziału w programie. Ja po prostu wiedziałam, dlaczego chcę tam być. W poprzednich edycjach nie było wśród uczestników żadnej modelki curvy czy plus size. Na organizowanym bootcampie (obozie dla uczestników, którzy przeszli pomyślnie wstępne castingi – przyp. red.) była, co prawda, Agata, modelka o większych niż rozmiar 0 wymiarach, ale w samym domu modelek i modeli takiej uczestniczki jeszcze nie było. Poszłam więc do programu z przesłaniem, że będę reprezentować dziewczyny plus size. Bo to jest coś, czego brakowało mi jako piętnastolatce, która oglądała pierwszą edycję tego programu. Już jako nastolatka ważyłam około 75 kg przy wzroście 182 cm, czyli mniej niż teraz, ale absolutnie nie był to size 0, tak pożądany w modelingu.
Wiele osób zadawało sobie pytanie, dlaczego feministka poszła do takiego programu.
Jako aktywistka wierzę, i kiedy przypomnę sobie swoją wcześniejszą działalność społeczną, zawsze tak było, że element wchodzenia z niszowym przekazem w miejsca, które są masowo popularne, jest istotny i pomaga w nagłaśnianiu ważnych społecznie spraw. Mając 19 lat, założyłam Fundację Dzień Dla Życia działającą na rzecz krwiodawstwa, popularyzacji idei dawstwa szpiku kostnego oraz podpisywania oświadczeń woli. Kiedy osiem lat temu wpadłam na pomysł, żeby zorganizować ogólnopolski zlot krwiodawców, pomyślałam, że warto zrobić to w miejscu, które zwróci uwagę na ten temat. Znalazłam sposób, aby wydarzenie zorganizować na zupełnie wtedy nowym Stadionie Narodowym.
Podobnie działam w sprawie feminizmu. Kiedy po wyroku Trybunału Konstytucyjnego zaczęłam poruszać tę kwestię, wiedziałam, że aby mój przekaz był o wiele bardziej szczegółowy i głęboki, z uwzględnieniem wszystkich nurtów feministycznych, i aby trafił do szerokiej publiczności, musi być bardziej przystępny w odbiorze. Zaczęłam tworzyć proste, kolorowe grafiki na Instagram, które pewne sprawy tłumaczą wprost.
Dokładnie tę samą zasadę wykorzystałam, będąc w Top Model. Wiedziałam, że jeżeli pójdę do programu i uda mi się to, co sobie założyłam, że jestem pierwszą dziewczyną curvy, to moje przesłanie i wartości, które mi towarzyszą, trafią do kilku milionów osób. A to sprawi, że sam przekaz wejdzie w mainstream. I czuję po prostu, że ja jestem dobra we wchodzeniu w mainstream z rzeczami, które zasługują na to, żeby w nim być (śmiech).

Twoja chyba najważniejsza działalność to edukowanie w kwestii feminizmu, ale i ciałopozytywności. Skąd w Tobie potrzeba walki o równouprawnienie – nie tylko kobiet i mężczyzn, ale i ciała w każdym rozmiarze? To rodzaj misji?
Teraz, z perspektywy większej wiedzy na swój temat widzę, że na pewno ADHD ma na to pewien wpływ. Są badania, które pokazują, że osoby w spektrum mają o wiele wyższą wrażliwość, empatię czy też bardzo duże wyczucie niesprawiedliwości, nierówności społecznych. Ja po prostu zawsze byłam taką wrażliwą, emocjonalną osobą, która, kiedy widziała krzywdę innych, to chciała działać.
Z drugiej strony to też jest kwestia domu, wychowania i tego, że po prostu moi rodzice pokazali mi, co jest ważne. Kiedy byłam nastolatką, moja mama wciągnęła mnie do pomocy pewnej szczecińskiej rodzinie zastępczej. Kiedy dostarczyłyśmy paczkę z jedzeniem i artykułami pierwszej potrzeby, pierwszy raz tak wyraźnie dostrzegłam panujące w społeczeństwie nierówności. Moja mama jest cudownym człowiekiem, mój ojczym również jest bardzo dobrym człowiekiem. Oboje pokazali mi świat. Dużo podróżowaliśmy, co też było ważne, bo podróże kształcą, bardzo mocno pokazują różnorodność i uwrażliwiają na drugiego człowieka.
Myślę więc, że to jest połączenie z jednej strony mojej wysokiej wrażliwości, emocjonalności, empatii, wynikającej po prostu z tego, jaka się urodziłam, z drugiej strony miejsca, w którym dorastałam, moich rodziców, którzy próbowali wychować mnie na dobrego człowieka. I wydaje mi się, że im się udało.
Ale żeby zjednoczyć wiele osób w słusznej sprawie, trzeba być też urodzonym przywódcą.
Mam w sobie takie właśnie cechy przywódcze. Zaczęłam działać już w czasach licealnych, kiedy zostałam przewodniczącą samorządu uczniowskiego i poczułam, że mam pewnego rodzaju moc sprawczą, aby inicjować oraz współorganizować różne akcje.
Jest jeszcze jeden element, o którym myślę, że warto mówić. Uwielbiam być w centrum uwagi. A pomaganie innym, działanie społeczne, daje pewnego rodzaju zainteresowanie ze strony innych.
Niezwykłe, że to mówisz, że się do tego przyznajesz. To niepopularne.
No tak jest, nie ma co udawać, że to nieprawda. Lubię być w centrum uwagi, co wynika być może trochę z tego, że jestem dzieckiem rozwodników i musiałam przez wiele lat zabiegać o uwagę mojego taty biologicznego. Mam wrażenie, że całe nastoletnie życie musiałam udowadniać, że to, co robię, jest wystarczająco dobre, że ja jestem wystarczająco dobra. Kiedy więc w wieku, w którym kształtują się twoje postawy i który ma duże znaczenie dla twoich przyszłych zachowań, budujesz poczucie własnej wartości w oparciu na tym, czy ktoś ci klaszcze, wtedy bycie w centrum uwagi jest dość przyjemnym uczuciem.
I na pewno to też jest coś, oprócz wymienionych wcześniej czynników, co wpłynęło na to, że działam. Warto o tym mówić, bo to nie dotyczy tylko mnie, ale jest tak w przypadku bardzo wielu działaczy i działaczek społecznych, aktywistów. Zawsze w pomaganiu jest jakiś element egoistyczny.
Wspomniałaś o swojej mamie. Czy to ona uczyła Cię kobiecości?
Jak przypomnę sobie swoje nastoletnie, dziewczyńskie życie, to ja najbardziej kobieca czułam się na boisku jako siatkarka (śmiech). I to jest to, czego moja mama mnie nauczyła – że ja jestem po prostu petardą na boisku, jestem najlepszą zawodniczką, to było coś niesamowitego. I nigdy nie czułam się chłopczycą, choć wiem, że często jest tak, że dziewczyny, które uprawiają sport i wchodzą w świat wyczynowy, gdzie pojawia się siła, sportowa rywalizacja i duże emocje, zaczynają być wciskane w schemat bycia chłopczycą. Mama pokazała mi, że jestem supersportowczynią i jestem superdziewczyną. I nie miałam ani przez chwilę takiego poczucia, że nie jestem kobieca.
Dostałaś od mamy wspaniały dar na start w dorosłość.
Nigdy nie byłam przez moją mamę wkładana w żadne szuflady, przeciwnie, mam wrażenie, że moja mama wręcz mnie wyciągała z tych szuflad. Pozwalała mi próbować miliona różnych rzeczy. W dzieciństwie chodziłam na balet, na gimnastykę artystyczną, na francuski i hiszpański, na zajęcia z gitary, na zajęcia wokalne, na tenis. Robiłam masę rzeczy jako dziecko, i jak tylko chciałam czegoś spróbować, to nie było problemu. Nigdy nie usłyszałam, żebym zajęła się jedną rzeczą, ale za to porządnie. Byłam zachęcana go próbowania, sprawdzania, mama mówiła – „Zobacz, czy to jest dla ciebie, jeżeli nie, to po prostu zrezygnujesz”.
Wsparcie mamy i „łapanie” różnych doświadczeń pomaga Ci teraz w modelingu?
Myślę, że przykład z dzieciństwa pomógł mi w tym, że teraz też nie czuję, że muszę spełnić czyjeś oczekiwania, odhaczać z listy jakieś punkty, żeby być kobieca. Mogę być modelką, mając większe rozmiary i nie pokazując się cały czas w makijażu. I dalej jestem kobiecą kobietą.
Czy udział w programie otworzył Ci drogę do modelingu, czy jedynie przyspieszył Twój start w tej branży? Wiem, że myślałaś o tym już wcześniej.
Na pewno przyspieszył w pewnym sensie, pomógł mi zostać zauważoną. Ale jak i czy, i na jakich zasadach ja w tej branży teraz będę, to jest cały czas work in progres (praca w toku – tłum. Red.). Miałam ostatnio nieprzyjemne doświadczenia. Podczas spotkania biznesowego usłyszałam, że nie mogę zamieszczać na swoich mediach społecznościowych zdjęć bez makijażu, na których widać niedoskonałości skóry, bo nikt nie będzie chciał pracować ze mną jako z modelką. Po tym spotkaniu pomyślałam sobie, że my – jako społeczeństwo – strasznie siebie oszukujemy. Z jednej strony pragniemy widzieć naturalność, ludzi po wielu operacjach plastycznych oceniamy jako sztucznych i dających zły przykład. Ale i tak zdjęciami, które będą najlepiej „się klikać” w internecie i które będą mieć największe zasięgi, są te zdjęcia, na których kobieta jest absolutnie przepiękna, wygląda jak z obrazka, ciało jest wyretuszowane. My po prostu sami to sobie robimy.
Niedawno podpisałaś kontrakt z dużą agencją modelingową – nie masz obaw, że większość kontraktów przypadnie jednak modelkom size 0? Chociaż to się zmienia, cały czas pokutuje przekonanie, że ubrania lepiej wyglądają na bardzo szczupłych dziewczynach. Chcesz zmienić takie postrzeganie modelek, pokazać, że każdy rozmiar jest seksowny?
Na tyle, na ile mogę, to tak. Mam świadomość, że zrobiłabym dużo większą karierę, gdybym się dostosowała. Gdybym swoje ciało wyrzeźbiła i ujędrniła. Zostawiłabym te wymiary, które mam, bo one są seksi, ale mocniej nad nim popracowała. Tylko że ja nie chcę się dostosowywać. To są oczywiście utracone pewne możliwości i szanse, ale jestem na takim etapie w swoim życiu, finansowym i zawodowym, że nie chcę i nie muszę się uginać. Nie jestem osobą, która porzuci swoje wartości po to, żeby zrobić jakiś pokaz czy sesję. Dla mnie jest teraz cudowny czas na wejście w modeling, bo jestem w stanie zrobić to w pełni na własnych zasadach. Kiedy na spotkaniu ktoś mi powie, że do sesji musiałabym schudnąć 5 kg, to mogę powiedzieć, OK, dziękuję, do widzenia. Byłam marketingowcem, zanim weszłam w ten świat influencersko-szołbiznesowy, pracowałam swoją głową i w każdej chwili mogę wrócić do wyuczonego zawodu.

Jesteś autorytetem dla nastolatek i młodych dziewczyn – to z jednej strony wspaniałe, ale i trudne zadanie. Czujesz na swoich barkach ciężar odpowiedzialności?
Tak, oczywiście, że tak. Zdarza się, że dostaję wiadomości, że uratowałam komuś życie… Kiedy ktoś mi pisze, że zmieniłam jego życie i postrzeganie pewnych spraw, to mam to poczucie, jak przeogromna jest to odpowiedzialność. Zmienić czyjeś życie, nie będąc lekarzem, psychologiem. To jest z jednej strony najbardziej satysfakcjonująca praca na świecie, to poczucie, że dzięki mnie ktoś ma lepsze życie – to daje mi ogrom dopaminy, której tak bardzo potrzebuje. Ale z drugiej strony cały czas się zastanawiam, co powiedzieć, jak powiedzieć, żeby powiedzieć dobrze i żeby nie sprawić, że ktoś poczuje się źle.
Najlepiej wspierasz inne kobiety swoim przykładem. Niedawno zrobiłaś coś niebywałego w polskich mediach – pokazałaś się publicznie, w telewizji śniadaniowej i na ściance podczas eventu, bez makijażu. Spodziewałaś się aż takiego szumu wokół tego?
Nie! Wiedziałam, że kiedy pojawię się na ściance zupełnie bez makijażu, to ktoś o tym napisze. Ale to, że napisało o tym tak wiele portali, że ludzie robili mi tam zdjęcia z ukrycia, to mi pokazało, jak dużo jest jeszcze do zrobienia od absolutnych podstaw. Bardziej spodziewałam się nieprzychylnych komentarzy innych aktywistek na rzecz ciałopozytywności, słów krytyki pod moim adresem i zarzutów o udawaną walkę, kiedy już przecież nie jest to coś, o co trzeba walczyć. Nic takiego mnie nie spotkało, bo chyba wszyscy złapali się za głowę, widząc, jakie poruszenie wywołała ta sytuacja w przestrzeni publicznej. A przecież ja nie zrobiłam nic, co wymagałoby niezwykłej odwagi – po prostu przyszłam na imprezę bez makijażu.
To pokazuje, ile pracy nas jeszcze czeka i że jest to praca u podstaw. Kobieta, która nie ma makijażu, często jest odbierana jako zaniedbana. Ty pokazujesz, że to nieprawda, że piękno jest w nas.
Tak, bo postrzegamy dbanie o siebie wyłącznie przez pryzmat wyglądu zewnętrznego. A zapominamy o tym, że dbanie o siebie powinno być wielowymiarowe. I zadbanie o to, co jest w środku, jest moim zadaniem równie ważne, jak to, co jest na zewnątrz. Zapominamy, że dbanie o siebie to także dbanie o zdrowie psychiczne.
OK, ale makijaż może również dodawać pewności siebie. Jak przekonać kobiety do tego, że można akceptować siebie w każdej wersji, w każdym rozmiarze, z makijażem lub bez?
Ja bardzo lubię makijaż i lubię patrzeć na siebie w różnych wersjach. Moment, w którym go polubiłam i zaczęłam się nim bawić, a nie czuć, że jest to pewnego rodzaju mój kobiecy obowiązek, to był moment, w którym w pełni zaakceptowałam siebie. I tak naprawdę możemy dyskutować o tym, czy to makijaż da nam pewność siebie, której potrzebujemy, czy może jednak pełna, bezwarunkowa akceptacja siebie i swojego ciała, bez względu na to, w jakiej jesteśmy wersji? Bo jestem przekonana, że prawdziwa pewność siebie wychodzi ze środka, a nie jest uzależniona od tego, jakie kosmetyki nałożyłyśmy na twarz.
Masz więc receptę na to, jak w pełni zaakceptować siebie?
W przypadku moim i wielu osób, z którymi rozmawiam, akceptacja siebie zaczyna się od tego, że zaczynamy szanować swoje ciało. Przestajemy być w stosunku do niego źli, przestajemy je nienawidzić. Przez większość naszego życia stoimy z naszym ciałem na ringu bokserskim, na którym codziennie toczymy walkę o coś, co nam się nie podoba, coś, co uważamy za niezgodne z kanonem. I w momencie, w którym zaczniemy traktować swoje ciało z szacunkiem, bo zrozumiemy, że to ciało jest jedno, na zawsze, do końca życia, będzie nam łatwiej zakończyć tę walkę. To, co mówię, brzmi może górnolotnie, ale taka jest prawda. To ciało, które mamy, to nasz dom. Nie możemy kupić nowego, nie możemy się z niego wyprowadzić, możemy ewentualnie spróbować je wyremontować, czyli coś w nim zmienić. Często w pogoni za tym, żeby elewacja była najpiękniejsza, najbardziej nieskazitelna, zapominamy o tym, że liczy się to, jak nam się w nim mieszka, że jesteśmy bezpieczni.
Piękne porównanie – nasze ciało jest naszym domem. Jak więc zacząć je szanować?
Nasze ciało niesie nas przez całe nasze życie. Zrobi absolutnie wszystko, żeby utrzymać nas przy tym życiu, jest zdolne do niesamowitych czynów, na przykład do wytrzymania ogromnego bólu przy porodzie czy wejścia na Mount Everest. Jest jednym z najpiękniejszych i najdoskonalszych wynalazków na świecie. I takie spojrzenie na nasze ciało sprawia, że zaczynamy je szanować, a stąd już prosta droga do akceptacji bez względu na jego rozmiar. Bo jak już coś uszanujemy, niezależnie od wszystkiego, to zaczynamy też to akceptować. I dalej – akceptacja to jest kolejny krok do miłości. Do takiej szczerej miłości do naszego ciała i tego wszystkiego, co mu zawdzięczamy.
Teraz dbasz z czułością o swoje ciało, ale nie zawsze tak było, prawda?
Tak jak wiele osób stałam naprzeciwko swojego ciała na ringu, walcząc. W pewnym momencie, w efekcie konfliktu, przestaliśmy być jednością. Byłam ja i moja głowa, która na tym ringu walczyła z moim ciałem. I byłam w stosunku do niego przemocowa. Po prostu robiłam mu krzywdę.
Mocne słowa – byłam przemocowa w stosunku do swojego ciała.
Bo jak inaczej nazwać głodzenie swego ciała, niedostarczanie mu pokarmu i stosowanie tabletek przeczyszczających – ciężko nazwać to w inny sposób. To jest przemoc. Nasze ciało, niezależnie od rozmiaru, niezależnie od wymiarów, potrzebuje pożywienia. A my otoczeni przez różnego rodzaju komunikaty, które są kształtowane przez kulturę diety i ciągłego odchudzania się dążymy do tego, aby to nasze ciało złamać.
Od najmłodszych lat patrzymy na obraz serwowany w popkulturze.
Tak, w popkulturze nadal mamy obraz kobiety idealnej – szczupłej, wstającej z łóżka z nienagannym makijażem. Dorastałam w czasach, kiedy w „Bravo Girl” były zamieszczane diety 1000 kcal – to tyle, ile potrzebuje małe dziecko. I narracja prowadzona przez różnego rodzaju nośniki popkultury była oparta na tym, co dzisiaj nazywamy zaburzeniami odżywiania, czyli na przykład nakaz skrupulatnego notowania dokładnie wszystkiego, co spożywasz w ciągu dnia.
Czy ten sztucznie wykreowany przez popkulturę wizerunek rzeczywiście wpływa na psychikę kobiet?
Zaburzenia odżywiania czy cielesne zaburzenia dysmorficzne są najbardziej śmiertelnymi schorzeniami psychicznymi, według statystyk umiera na nie najwięcej osób, patrząc na śmiertelność chorób psychicznych. Wielu osobom się wydaje, że tu chodzi tylko o ich ciało, a to nieprawda.
Z jednej strony mówi się o tym, jak dbać o ciało. W internecie jest coraz więcej dostępnej, darmowej wiedzy na temat odchudzania i zdrowego odżywiania. Widzimy metamorfozy „przed i po”, profile fit-influencerek i trenerek personalnych, którym się wydaje, że zmieniają świat, rosną z dnia na dzień coraz bardziej, ale w tym samym czasie rośnie też liczba dzieci i dorosłych z zaburzeniami odżywiania. Coś jest więc nie tak, to nie działa. W takim razie to chyba nie jest dobra droga.
Czy teraz z równą czułością dbasz o swój dobrostan psychiczny?
O tak, oczywiście. Przede wszystkim nie czekam do ostatniego momentu, nie wstydzę się prosić o pomoc. Jestem wyposażona w o wiele większą wiedzę niż wcześniej, to też dzięki temu, że rozmowy na temat zdrowia psychicznego stają się coraz powszechniejsze w popkulturze.
Ty także, chociaż w mediach społecznościowych obserwują Cię tysiące osób, poruszasz temat swoich zaburzeń psychicznych. Nie miałaś nigdy obaw związanych z publicznym ujawnianiem tego? Mówisz wprost – trafiłam do szpitala psychiatrycznego. Nie każdego stać na takie wyznanie.
Ja nie bałam się nigdy otwarcie mówić o tym, że korzystam z pomocy psychiatrycznej i psychologicznej. To jest nieodłączna część mojego życia. Pierwszy raz u psychiatry wylądowałam, mając 13 lat, kiedy zaczęłam mieć silne ataki paniki. Moi rodzice byli wystraszeni, kiedy dostałam leki, bali się, czy mnie one nie zmienią. Nic takiego się nie stało, leki poprawiły jakość mojego życia.
Teraz, kiedy po tylu latach dostałam w końcu diagnozę ADHD, tym bardziej chcę o tym mówić głośno, bo wiem, jak wiele osób jest jeszcze niezdiagnozowanych.
Czekałaś na diagnozę wiele lat.
Kiedy specjaliści postawili diagnozę, miałam kilka dni złości, że stało się to dopiero teraz. Bo gdybym dostała tę diagnozę wtedy, kiedy jako nastolatka miałam pierwsze ataki paniki, być może nie zrezygnowałabym z kariery sportowej, bo nikt nie był w stanie mi pomóc. Ale wcześniej nie było takiej świadomości, przez to, że się o tym nie rozmawiało publicznie.
W tamtym czasie miałam poczucie, że jestem z tym jedyna na świecie, że nie ma nikogo innego, kto ma tak jak ja. Czułam się głupio, bo jestem zdrowa, moje serce jest zdrowe, a wydaje mi się, że się duszę i umieram. Nie wiedziałam wtedy, że inne osoby też się z tym mierzą. Dopiero kiedy byłam w liceum, trafiłam na youtuberkę z Wielkiej Brytanii i to właśnie na jej kanale pierwszy raz usłyszałam termin „atak paniki”. Moje doświadczenia utwierdziły mnie w przekonaniu, że warto o tym głośno mówić, bo diagnoza może poprawić komfort życia.
Zastanawiam się, czy wracanie do tego trudnego, nastoletniego okresu Twojego życia i opowiadanie o tym w internecie nie powoduje u Ciebie spadku nastroju? Nie masz ochoty niekiedy się od tego odciąć?
Jedynym aspektem działalności internetowej, który pogarsza mój stan psychiczny, jest naruszanie moich granic w internecie, czyli po prostu hejt. I to jest jedyna rzecz, która negatywnie wpływa na moje zdrowie psychiczne.
Trudno się temu dziwić, jesteś obecna w mediach społecznościowych i siłą rzeczy wystawiasz się na nieprzychylne komentarze. Ostatnie dwa lata nie były dla Ciebie łatwe pod tym względem, musiałaś mierzyć się z ogromnym hejtem. Jak sobie z tym radzisz?
Chcę wrócić na terapię skoncentrowaną na przepracowaniu tego, jak buduje swoje poczucie wartości. Bo wiesz, ja w pewnym momencie uwierzyłam w to, że jestem złym człowiekiem. I dalej są takie momenty, w których w to wierzę. To, czego się nauczyłam i to, czego jestem pewna, że nigdy nie zrobię, to dołączenie do jakiejkolwiek internetowej nagonki na drugiego człowieka. Ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, ile to kosztuje tę osobę. Ja po tym, co mnie spotkało, trafiłam do szpitala, chociaż uważam się za bardzo silną psychicznie osobę.
Internet mocno przesunął granicę tego, co wolno w stosunku do drugiego człowieka.
Mam wrażenie, że ludzie w internecie zachowują się jak spuszczeni ze smyczy, czują przyzwolenie na to, żeby „cisnąć”, nie ma granic. Nie uważam, żeby ludzie mieli prawo do robienia tego, co robią, to jest absolutnie przerażające i nie chcę być tego częścią.
Do tego wszystkiego internet jest przestrzenią, gdzie właściwie nie można wyciągnąć konsekwencji w stosunku do osób, które naruszają granice. Policja nie ma jeszcze narzędzi do tego, żeby robić to skutecznie i szybko, więc to jest proceder, który trwa.
Jak w takim razie możemy sobie radzić z hejtem, szczególnie jak dziewczynki i młode kobiety mają sobie radzić?
Chcę, żeby ludzie przestali zadawać mi pytanie, co robić, żeby radzić sobie z hejtem, a zaczęli pytać, co robić, żeby ludzie zaczęli ponosić konsekwencje i odpowiedzialność za hejt, który stosują w internecie. Bo nikt na ulicy nie podejdzie do mnie i nie powie mi tych okropnych rzeczy, które napisze mi przez media społecznościowe. Zacznijmy prowadzić dyskusję na temat tego, co zrobić, żeby ta przestrzeń, która stała się nieodłącznym elementem naszego życia, była bezpieczniejsza i taka, w której jesteśmy w stanie wyciągać konsekwencje w stosunku do przemocowców.

To jest przerzucanie odpowiedzialności z oprawcy na ofiarę.
Tak, to jest taka narracja – jak ty, Martyna, masz sobie radzić z tym, że ktoś narusza twoje granice. Przecież ktoś łamie prawo w stosunku do mnie. Dlaczego więc nie ma dyskusji na temat tego, jak można stworzyć system, w którym osoba naruszająca granice poniesie tego konsekwencje.
Mój mąż jest moim największym wsparciem. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, często rozmawiamy na temat tego systemu. Dopóki nie zmienimy prawa w kontekście mediów społecznościowych, w których obecnie jesteśmy, w których pracujemy, jeżeli nie pokażemy, jakie są konsekwencje hejtu, to moim zdaniem ciężko jest mówić o jakiejkolwiek zmianie.
Myślę, że o zmianę jest trudno także w wielu innych dziedzinach – a już szczególnie trudno jest kobietom. Rozmawiamy o hejcie, który w dużej mierze dotyka właśnie nas, ale i w innych kwestiach jest nam trudniej. Wracając chociażby do tematu postrzegania kobiet i ich wyglądu – wiele dziewczyn nie wyobraża sobie wyjścia bez makijażu nawet na zakupy do osiedlowego sklepu, nie mówiąc już o takiej ekstrawagancji, jak przyjście do pracy nieumalowaną. I tak sobie myślę, że to, o czym mówisz i co robisz, to ogromny krok w kierunku zmiany postrzegania profesjonalizmu kobiet – nie chcemy oceniania naszych kompetencji przez pryzmat wyglądu.
Są nawet badania na temat tego, że kobiety bez makijażu są oceniane jako mniej kompetentne. I trochę same sobie to robimy, kobieta kobiecie, bo wymagamy od siebie nawzajem nienagannego wyglądu.
Żyjemy w świecie, w którym rzeczywiście nasze kompetencje, ale i sukces jest definiowany przez to, jak wyglądamy. Spójrz chociażby na influencerki w Polsce – ile z topowych influencerek to są osoby grube? Ile z nich to są osoby, w cudzysłowie, nieatrakcyjne wizualnie?
Pytanie, jak definiujemy słowo „nieatrakcyjne”? Czy to nie są zwyczajnie czyjeś oczekiwania względem mojego wyglądu?
Tak, to są oczekiwania zbudowane na podstawie kanonu piękna.
Czyli sztucznie wykreowany wizerunek.
Atrakcyjność jest czymś zupełnie subiektywnym, jednak prawda jest taka, że to ja nigdy nie będę miała miliona obserwatorów. Milion followersów będą miały te wszystkie dziewczyny, które zawsze wyglądają superpięknie i atrakcyjnie, właśnie w kontekście tego kanonu.
Podobnie jest w mediach tradycyjnych, wystarczy spojrzeć na prezenterki telewizyjne. Uwielbiam Dorotę Wellman, której udało się przebić charyzmą przez patriarchalny mur kanonu piękna. Ale to jest jeden przykład.
Gdyby Dorota Wellman nie miała „tego czegoś”, byłaby prawdopodobnie bez szans na pracę na wizji.
To, jak wyglądamy, decyduje o tym, jakie mamy życie. To niesprawiedliwe. A przecież rodzimy się z losem na loterii i albo wygramy tę loterię genetyczną i dopasujemy się do aktualnego kanonu naszym wyglądem, który ostatecznie uzyskamy, a na który my sami nie mamy wpływu, albo nie. Tak jak ja wygrałam na loterii wzrost, dzięki któremu mogę być modelką. Z drugiej strony są kobiety, które nigdy nie będą miały bioder poniżej 95 cm, bo mają tak rozstawione kości. Nie zrobią z tym nic, takie po prostu się urodziły. Uświadomienie sobie tego, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu, może nam pozwolić spojrzeć w inny sposób na siebie i innych ludzi.
Mam wrażenie, że często bezrefleksyjnie oceniamy wygląd innych, bazując na pewnych stereotypach. To nie Ty miałaś problem z wyjściem bez makijażu, ale inne osoby.
Pierwsze pytania, jakie zostały mi zadane na tym wydarzeniu, dotyczyły tego, jak się zebrałam na taką odwagę, aby wystąpić zupełnie bez make-upu? A ja nie uważam, żebym zrobiła coś odważnego. Czy ja musiałam się kołczować przed lustrem i namawiać sama siebie – nie, absolutnie nie. Po prostu tam poszłam, nie stresowałam się w ogóle, wręcz czułam się w tamtym momencie bardzo pewna siebie, bardziej niż na wszystkich innych podobnych imprezach, na które miałam okazję pójść do tej pory. Miałam najszczerszy uśmiech na sobie, czułam się najbardziej komfortowo i zupełnie nie wymagało to ode mnie odwagi.
Normalizujesz to, że możemy wyglądać różnie. Nie mówisz – powinnyśmy zrezygnować wszystkie z makijażu, Ty mówisz – masz wybór, możesz, ale nie musisz.
Makijaż jest czymś pięknym, to jest coś, co jest z nami od starożytności. Historia makijażu jest bardzo długa. Róbmy go, jeżeli mamy na niego ochotę, tylko chodzi o to, żebyśmy nie uważali siebie i innych za mniej lub bardziej wartościowych, w zależności od tego, czy mają na twarzy trochę mazidła, czy nie.
Mamy zaburzony obraz ciała swojego i innych przez to, że nie widzimy różnorodności. Dobrym przykładem jest to, jakie komentarze pojawiały się podczas mojego udziału w Top Model. To było całe spektrum – zaczynając od takich, że jestem za chuda na modelkę plus size, przez takie, że jestem ideałem kobiecości, że tak powinna wyglądać zdrowa kobieta, co też jest krzywdzące, bo zdrowie może być w różnym rozmiarze, kończąc na takich, że jestem otyła. I to tylko pokazuje, jak bardzo mamy spaczony obraz, przez to, co jest nam podawane, w popkulturze, w mediach, w przekazie, z którym się zderzamy.
I czy do tego też potrzebujemy feminizmu? Chociażby do wyrównania szans na rynku pracy, poprzez pokazywanie, że mamy do zaoferowania znacznie więcej niż to, jak wyglądamy?
Jakby nie patrzeć, feminizm i ciałopozytywność to są ruchy połączone ze sobą w dużym stopniu. Bo w feminizmie mówimy o tym, że mamy prawo do decydowania o naszym ciele. Feminizm zwraca uwagę na przeciwdziałanie dyskryminacji ze względu na płeć, ciałopozytywność z kolei na dyskryminację ze względu na wygląd. Tak naprawdę to jest cały czas dyskusja o cielesnej autonomii. O tym, że to ja powinnam móc decydować o tym, co ze swoim ciałem robię. I moje decyzje nie powinny definiować tego, czy jestem uważana za wartościowego człowieka, czy nie. Czy jestem uważana za kobietę kompetentną, czy nie.
Zatrzymajmy się, proszę, przez chwilę przy kwestii feminizmu. Warto stanowczo poskreślać, że feminizm to nie jest walka z mężczyznami, to jest walka o różność płci. Dlaczego więc nadal ten temat wywołuje tyle kontrowersji? Skąd to niezrozumienie istoty feminizmu? A może zwyczajnie nie jest nam już potrzebny?
Myślę, że to problem narracji wielu osób, które mówią, że nie potrzebujemy już feminizmu, bo już mamy równość. Że on był potrzebny 200 lat temu, a nie teraz. To są głosy osób, które nie mają wiedzy co do aktualnego stanu rzeczy. Może mówią na podstawie swoich doświadczeń, które uważają za uniwersalne, w których tej dyskryminacji nie ma. Ale to, że ja żyję w równym związku, w którym nie czuję patriarchatu, nie znaczy, że go nie ma u sąsiadki obok.
Zapominamy o tym, że żyjemy w świecie, w którym jeszcze 200 lat temu kobieta nie miała własnych pieniędzy. W świecie, w którym dopiero nieco ponad 100 lat temu dostałyśmy prawa wyborcze, to jest turbo mało. Nasze praprababki nie miały prawa głosu. To nie są jakieś odległe czasy. Zawsze więc, kiedy słyszę dyskusję o tym, że feminizm nie jest już nam potrzebny, staram się przypominać o tym, co my, kobiety, dzisiaj feminizmowi zawdzięczamy, i że jeszcze wiek temu tak nie było.
Może się nam wydawać, że żyjemy w świecie, w którym mamy równe prawa, bo zostały one zapisane na papierze. Ale to, że mamy je na papierze, nie oznacza, że w rzeczywistości są egzekwowalne. Trzeba dalej o nie zabiegać, o nie walczyć. Bo prawa, które są nam dziś dane, nie są dane nam raz na zawsze. I do tego potrzebny nam feminizm.
Ty zostałaś posądzona o „sprzedawanie feminizmu”.
Tylko co to znaczy „sprzedawać feminizm”? Czy sprzedawanie książek o feminizmie jest „sprzedawaniem feminizmu”? W takim razie dołączyłam do grona wspaniałych kobiet, które feminizm sprzedają. Zakładając markę Herstoria (firma odzieżowa, której nazwa wywołała wiele kontrowersji – przyp. Red.), której celem było stałe przekazywanie procenta z dochodu na cele feministyczne, bo taki był model biznesowy, wydawało mi się, że chcę sprzedawać ubrania, a nie feminizm. Chcę sprzedawać ubrania, żeby zbierać pieniądze na cele feministyczne.
Jako marketerka specjalizowałam się w marketingu społecznym, o tym pisałam swoją pracę dyplomową na studiach, w tej dziedzinie zdobyłam wiele nagród, z których jestem dumna. Chciałam wykorzystać system kapitalistyczny w taki sposób, żeby stworzyć model biznesowy, który z założenia ma cały czas oddawać pewien procent zysku na cele społeczne. I dalej wierzę, że jest to bardzo dobry plan, ale nie dałam rady tego poprowadzić w momencie, w którym w dniu premiery zderzyłam się z tak dużym hejtem.
Czy pomimo tego, co się stało, wierzysz, że takie wartości jak siostrzeństwo mogą istnieć w mediach społecznościowych?
Jest ciężko… Dalej próbuję się po tym pozbierać.
Wszystko, co mnie spotkało trudnego w mediach społecznościowych, to były sytuacje spowodowane przez ciosy ze strony mojego środowiska. Od osób, z którymi wcześniej rozmawiałam, z którymi miałam dobry kontakt. I mówię, że cały czas się po tym zbieram, bo jeżeli budujesz swój system wartości i poczucie swojej wartości na fundamentach tego, czy inni ci klaszczą, to moment, w którym grupa, do której wydawało ci się, że należysz, mobilizuje się przeciwko tobie w internecie i urządza ci internetowy callout (publiczny osąd – tłum. Red.), to jest to bardzo trudne doświadczenie.
Ja nie boję się przyznać, że były takie momenty, że popełniłam błędy, otwarcie o tym mówię. Taylor Swift powiedziała kiedyś, że „poczucie wstydu, które towarzyszy ci, kiedy popełnisz błąd, jest nieodłącznym elementem bycia człowiekiem”. Wszyscy je popełniamy, wszyscy czujemy się zawstydzeni w momencie, kiedy uświadomimy sobie ten błąd lub kiedy ktoś nam go wytknie. I konstruktywna krytyka nie jest niczym złym, ale ważne, jak ją wyrazimy.
Ważne jest również to, żeby po prostu się wspierać, żebyśmy jako kobiety stały ramię w ramię, żebyśmy uczyły feminizmu nie tylko nasze córki, ale i synów. Jesteś autorką książki „FeMYnizm”, która w przystępny sposób tłumaczy, dlaczego potrzebujemy feminizmu. W maju tego roku wyjdzie Twoja kolejna książka, proszę, opowiedz o niej trochę.
Mamy już tytuł, książka będzie się nazywać „Ciałokochanie”. Połączenie słów ciało i kochanie w jedno słowo, bo chcieliśmy stworzyć takie słowo-hasło, za którym będzie stać ciałopozytywny ruch i dyskusja.
„Ciałokochaniem” chciałabym dotrzeć do osób jeszcze nieprzekonanych, do tych, które nie rozumieją, jak można wyjść bez makijażu, jak można akceptować swoje ciało, jeżeli nie jest ono w rozmiarze 34/36. Będzie to książka, w której z jednej strony opowiadam moją historię, od dzieciństwa do udziału w Top Model, z drugiej zaś oddaję głos innym, aby podzielili się swoją drogą do akceptacji własnego wyglądu.
Pierwsza część to chronologicznie opowiedziana historia mojej relacji z moim ciałem, która jest historią dosyć uniwersalną, bo z wieloma moimi doświadczeniami może utożsamiać się sporo innych dziewczyn i kobiet. Pierwszy bilans w szkole, pierwsze zakochanie się i dieta, żeby schudnąć dla chłopaka, pierwsze kompleksy. Pomiędzy swoją opowieść wplatam dane i fakty na temat kultury, w której żyjemy, narzuconego nam kanonu piękna – czym ten kanon w ogóle jest, z czego on wynika. Chciałam o tym napisać, bo wiem, że dzięki temu zrozumiemy, dlaczego traktujemy swoje ciało w taki, a nie inny sposób. Nie chcę, żeby ktoś po przeczytaniu tej książki czuł się winny tego, jaki ma stosunek do własnego ciała i co mu robi, ale zależy mi, żeby zrozumiał działanie tego narzuconego nam systemu, bo to pozwala w nim funkcjonować w sposób bardziej świadomy.
Czyli pierwsza część jest autobiograficzna. A druga?
Druga część książki jest poświęcona historii innych osób i ich drodze do pokochania swojego ciała. To bardzo ważna część, jako działaczka wychodzę z założenia, że nie jestem w stanie napisać dobrej książki o ciałoakceptacji, uwzględniając w niej tylko jeden głos. Bo jako jednostka nie mam różnych cech i nigdy nie doświadczyłam pewnych rzeczy, których doświadczają miliony innych osób. Dlatego będę przeprowadzała rozmowy z osobami, które mają różne cechy, takie jak niepełnosprawności, transpłciowość czy choroby skóry. Do pokazania różnorodności potrzebna jest więcej niż jedna perspektywa.
Najważniejsze pytanie zostawiłam na koniec. Co dorosła, pewna siebie, świadoma swoich zalet Martyna powiedziałaby nastoletniej sobie?
Powiedziałabym nastoletniej sobie, że moja wartość nie zależy do tego, czy inni ludzie mi klaszczą. Bo to jest coś, z czym ja nadal się mierzę i co jeszcze muszę przepracować w swoim życiu. Zbudowałam to przekonanie jako nastolatka, która miała wszystko. Pomimo tego, że byłam w gimnazjum sportowym, trenowałam jednocześnie we wszystkich możliwych drużynach w swojej kategorii wiekowej siatkarek, byłam w kadrze województwa, swojego rocznika i rocznika wyżej, a pierwszą klasę skończyłam ze średnią 5.8, dalej czułam, że nie jestem wystarczająco dobra.
Dlatego powiedziałabym tej nastoletniej Martynie, że jest wartościowa niezależnie od tego, co będzie robić, w jakiej będzie drużynie i czy będzie miała na świadectwie piątki czy czwórki.
Marta Agata Bieniak - dziennikarka i specjalistka komunikacji społecznej. Pracuje jako wykładowca i szkoleniowiec w obszarze public & media relations, komunikacji wizerunkowej, art brandingu, etyki mediów i psychologii biznesu. Właścicielka i dyrektorka kreatywna butikowej agencji wspierającej młode marki z branży kreatywnej i artystycznej.
Makijaż - Eliza Król
Zdjęcia - Daniel Król
Wyjaśnienie terminów:
- modelka w rozmiarze size 0 – są to modelki, które noszą rozmiar 34/36
- modelka curvy – modelki w rozmiarze powyżej size 0
- modelka mid size – modelka w rozmiarze między 38 a 44
- modelka plus size – modelka w rozmiarze od 44 wzwyż