W nowy sezon wchodzimy wypoczęte, muśnięte słońcem (lub – jeśli go unikamy – dopieszczone brązującymi formułami kosmetyków), z mocno podładowanymi bateriami. Chcemy, by ta letnia beztroska trwała i trwała. Dobra wiadomość jest taka, że taki wiosenny i letni vibe możemy zatrzymać na dużej!
Trendy na nowy jesienny sezon są właśnie o tym: pokazowe propozycje tworzone przez najznakomitszych makijażystów mają tylko jeden cel – dodać nam energii, przyjemnie podnieść wibrację i sprawić, byśmy czuły, że jesteśmy najlepszą wersją siebie!
Jesienno-zimowe urodowe trendy to także ukłon w stronę bezpretensjonalności i zachęta do tego, by dać ponieść się fantazji, poeksperymentować. Może się okazać, że to, co podglądamy i podziwiamy u modelek, stworzone zostało właśnie z myślą o nas!
Tak jest na przykład z makijażem oka. W tym sezonie makijażyści na backstage’ach pokazów największych światowych domów mody zachęcają do tego, by sięgać po kolor absolutnie bez żadnych zahamowań i najlepiej w sposób, który dotąd – jak mogło się nam niesłusznie wydawać – pozostawał poza naszą strefą komfortu. I nie chodzi tylko o neony!
Dla wielu z nas taki kolorystyczny „pierwszy raz” oznaczać będzie sięgnięcie po paletę opalizujących iskrzących się szarości czy bieli. W bardziej zdecydowanej opcji przeciągniemy nimi całą powiekę, a dla uzyskania zachowawczego efektu możemy zaaplikować je tylko w wewnętrznym kąciku oka i pośrodku powieki jako uzupełnienie łagodniejszej gamy ciepłych beży. Efekt wow! w jednym i drugim wypadku gwarantowany!
Ciekawą opcją jest też wykończenie makijażu oka tuszem w innym kolorze, niż robimy to zazwyczaj. Brzmi banalnie? Tylko do czasu, gdy skusimy się na inny kolor! Czego warto spróbować? Brąz nada spojrzeniu niebywałej głębi, zapewniając makijażowi subtelne wykończenie.
To dobry sposób na to, by prawie niewidocznie podkreślając kolor tęczówki (najlepiej niebieskiej lub zielonej) stworzyć dla oka niezwykle efektowną ramę. A fiolet? Spodoba się szczególnie niebieskookim fankom nieoczywistych makijaży – nieco psotny, ale przede wszystkim bardzo zalotny, zastosowany w otoczeniu innych chłodnych barw sprawi, że nie będzie można się nam oprzeć!
A co, jeśli z mocnym kolorem na oku nie jest nam po drodze? Nic nie szkodzi, bo sezon jesień-zima 2023/2024 to także prawdziwy renesans pasteli! To dobra wiadomość dla tych z nas, które nie potrafią i nie chcą odmawiać sobie koloru, ale preferują go w romantycznej, bardziej stonowanej wersji.
Można by zapytać: a co w takim podejściu nowatorskiego? Otóż sporo! Tej zimy pastele będziemy nosić nie tylko na górnej, ale przede wszystkim na dolnej powiece. Kolor powinien być widoczny, nałożony grubą, wyraźną, dobrze widoczną kreską, przy lekko wytuszowanych rzęsach i niemal nietkniętej kolorem „nagiej” twarzy.
A zatem jeśli wybieramy noszone na nową modłę pastele, rezygnujemy z różu, bronzera, a nawet wysyconego drobno zmielonym pigmentem rozświetlacza. Jakich odcieni warto spróbować? To może być delikatny róż, ciepłe żółcienie, a nawet kolor bezchmurnego nieba – najlepiej taki, który znajdziemy w większych paletach, aby móc bawić się różnymi odcieniami w zależności od nastroju. Niech pastele mówią same za siebie!
Trochę podobnie jest z innym trendem, tym najbardziej kultowym i powracającym niezmiennie co sezon. Mowa oczywiście o czerwonych ustach. Ktoś może zapytać: a to jakaś nowość? Miłośniczki czerwonych ust nie mają jednak wątpliwości: w tym sezonie nowe i jedyne w swoim rodzaju w czerwieni jest dosłownie wszystko!
Bo jeszcze jedna czerwień w kolekcji szminek może dać taki sam dreszczyk emocji, co nowa mała czarna. I ubierze tak samo wyjątkowo, jak wymarzona, skrojona dokładnie na naszą miarę kreacja. Ile jest sposobów noszenia czerwieni? Nieskończenie wiele, bo przecież kolor ten nosiły już Egipcjanki. Dzisiejsze formuły od tych starożytnych różni wszystko: od znaczenia samego koloru (dziś ma na szczęście już tylko pozytywne konotacje), przez właściwości (wybrane pomadki dopieszczą delikatną skórę warg nie gorzej niż pielęgnacyjna maska!), aż po sposób, w jaki je nosimy.
No dobrze, to jak nosić czerwień, by było modnie i z przytupem? Przede wszystkim odważnie i bez zahamowań, czyli tak, by dać sobie szansę spróbować całego wachlarza możliwości. Raz niech będzie młodzieńczo, beztrosko, trochę na modłę dziewczęcą, a innym razem możemy pokusić się o stworzenie bardziej eleganckiej, dostojnej kreacji z nią w rolach głównych. Albo postawić wszystko na jedną kartę i zagrać nią bezkompromisowo – nieprzystępnie i kusząco. Grunt, żeby było nam w niej dobrze, wygodnie, bo tylko wtedy odda pełnię naszej kobiecości.
Co ciekawe i warte podkreślenia, nie ma dwóch takich samych czerwieni. I nie ma drogi na skróty, by znaleźć dla siebie tę jedyną: tylko próbowanie, przymierzanie różnych odcieni i konsystencji pozwoli trafić na taką lub takie, o których pomyślimy, że powstały właśnie z myślą o nas!
Możemy mieć ich kilka – inną na dzień, inną na specjalną okazję albo określony nastrój. I każdą z nich możemy nosić trochę inaczej: jedną przeciągnąć zmysłowo wargi dla uzyskania równomiernego koloru, inną delikatnie wklepać delikatnie w skórę ust, naśladując efekt scałowania, a jeszcze inną dla podkreślenia wyrazistości łagodnie obrysować konturówką.
Prawdziwy ubaw w tym sezonie będą miały także amatorki perfekcyjnej kreski. Te, które są w sztuce jej rysowania biegłe, będą mogły spróbować jej w nowej odsłonie, np. z wykorzystaniem eyelinerów w różnych kolorach tęczy! To łagodniejsza modyfikacja trendu z wyrazistym cieniem w rolach głównych: pozwala spróbować czegoś nowego i skusić się na nowy dla siebie odcień, pozostając jednocześnie wierną formie, w której czujemy się dobrze.
Ale spokojnie, czerń wciąż ma się jak najlepiej! Jeśli jesteśmy fankami klasyki, możemy czarną kreskę wyrysować w taki sposób, by podkreślić wewnętrzne i wewnętrzne kąciki oka. Większy ciężar czarnej kreski w takim wydaniu nieoczekiwanie spoczywa tu na dolnej powiece. Odważniejsze z nas mogą pociągnąć temat i mocniej odkreślić tuszem dolne rzęsy, nawiązując do kultowego makijażu Twiggy – efekt może nas bardzo przyjemnie zaskoczyć! Być może to właśnie z tą propozycją będziemy chciały związać się na dłużej.
A co z tymi z nas, które w tej dziedzinie makijażu oka i trudnej sztuce malowania kreski stawiają pierwsze kroki? Mogą być pewne, że będzie to początek pięknej przygody, nawet jeśli zdecydują się na nieśmiały, dyskretny akcent szarości albo naśladującego odcień tęczówki brązu. Każdy sezon ma „swoje” kreski, a w tym obowiązująca jest tylko jedna: taka, w której czujemy się najlepiej!
Z jesienno zimowych propozycji zadowolone będą nie tylko te z nas, które i tak niezależnie od trendów lubią malować się po swojemu, ale także te, które… nie malują się wcale. Jak to możliwe? Makijażyści od wielu sezonów pozostają wierni zasadzie, zgodnie z którą zdrowa, promienna, odpowiednio wypielęgnowana skóra znakomicie broni się sama.
A zatem rezygnujemy z makijażu w ogóle? Absolutnie nie! Kto by chciał odmówić sobie takiej przyjemności, zwłaszcza że najlepsze makijażowe marki oferują nam formuły podkładów lekkie jak piórko i do tego tak wspaniale dopieszczające skórę, że chciałoby się je nosić na okrągło! Te najlepsze nie tylko noszą się całkowicie nieodczuwalnie, ale też pozostają niewidoczne dla oka, zapewniając skórze jedynie dyskretne ujednolicenie kolorytu jak po dobrym weekendzie w spa albo krótkich wakacjach.

Jeśli dobrze czujemy się w takim make-up no make-up, za cały makijaż (a do tego także niezłą dawkę pielęgnacji) posłużą nam specjalne bazy pod makijaż. Nowoczesne primery potrafią wiele: pochłaniają nadmiar sebum, zapewniając skórze przyjemne satynowe wykończenie lub przeciwnie, tworzą na jej powierzchni efekt glow tak przyjemny dla oka, że nie chce się już sięgać po nic innego!
Ale może być też tak, że nasze apetyty rosną w miarę malowania. Wtedy możemy chcieć spróbować trendu z drugiego końca makijażowego spektrum. W tej sytuacji przyda się… rozświetlacz, rozświetlacz i jeszcze raz rozświetlacz! Ale spokojnie, nie będziemy używać go tak jak wówczas, kiedy po raz pierwszy wszedł do kanonu modnego makijażu. Bo dużo wcale nie znaczy wszędzie! O co więc chodzi w tym pomyśle na rozświetlanie?
Błysk w nowoczesnym wydaniu będzie charakteryzował umiar. By wyglądać oszałamiająco, możemy dodać dosłownie odrobiny płynnego rozświetlacza do podkładu, tak by uzyskać efekt rozpromienionej, wypoczętej cery. Możemy też sięgnąć po kremowy kosmetyk i zaaplikować go w okolice kości policzkowych, na szczyt nosa oraz na powieki. I to wystarczy! Ważne, by trzymać się jednego typu świetlistości, zwłaszcza że w tym sezonie zależy nam bardziej na efekcie glow niż na widocznych gołym okiem drobinkach.
A jeśli dotychczas nie dałyśmy się namówić na zabawy z różem, teraz jest idealny moment! Z tą jednak różnicą, że proponowany w poprzednim sezonie aura blush czy brush draping zamiast modnego dotychczas konturowania teraz kusi w łagodniejszej wersji. To może być coś na kształt „różowego szeptu”, coś jak lekki pocałunek, po którym skóra delikatnie się zaróżowi. Łagodnie akcentujemy nim okolicę skroni lub miejsce nieco powyżej szczytów kości policzkowych. Możemy spróbować nałożyć go także na powiekę, najlepiej ze złocistym wykończeniem pośrodku. W świetle ubiegłosezonowych szaleństw paradoksalnie może się okazać całkiem skromnych rozwiązaniem.
Dopełnieniem modnego makijażu na sezon jesień-zima 2023/2024 będzie odpowiedni manicure. Mamy dwie możliwości: możemy oddać swoje dłonie pod opiekę zaufanej manicurzystki lub podziałać w domu same! Gama dostępnych od ręki uwodzących oko kolorów zachęca do eksperymentów i aż się prosi, by choć raz zabawić się w artystkę i pójść za tym, co nam w duszy gra!
A co polecają najlepsi? Lekko opalona skóra dłoni będzie pięknym tłem do klasycznych manicurowych rozwiązań, takich jak ciemna czerwień, głębokie odcienie czerwonego wina, czy ponadczasowy klasyk w postaci milky nails, czyli mlecznobiałej płytki. Takie rozwiązania w duchu minimalizmu i prostoty będą wymagały bardzo starannego przygotowania paznokci: płytka powinna być krótko spiłowana (najlepiej na lekko owalny kształt), a skórki elegancko wycięte. Warto też zadbać o odpowiednio częste odświeżanie takiego manicure.
Jeśli bliżej nam do pasteli albo lubimy drobne, ale mocne w wyrazie rozwiązania, koniecznie powinnyśmy spróbować tej jesieni odwróconego frencha. Taki manicure wykonujemy, malując paznokcie w jednym z odcieni nude, a barwny akcent kładziemy nie w miejscu zakończenia płytki, jak ma to miejsce w przypadku klasycznego frencha, ale odwrotnie, czyli tuż przy skórce. Efekt? Świeży, rześki, niemal dziewczęcy manicure, który znakomicie przełamie elegancki look, nadając całości nieznanej dotąd lekkości.
Z końcem lata rezygnujemy z mocno kontrastowych rozwiązań w postaci bardzo zdobnych paznokci czy szklistych neonów. Ale jeśli marzy się nam coś niecodziennego, zawsze za namową manicurzystów z pokazów spróbować możemy drobnych zdobień w stylu neobrokatu albo mieniących się kolorowych drobinek, układających się na płytce w romantyczne kwiatowe wzory. Modne tego lata drobne kwiatowe wzorki inspirowane motywem haftów wciąż zachwycają – potrafią być takie urocze, że nie sposób choć raz się na nie nie skusić!
A jeśli naprawdę nie potrafimy się rozstać z mocnym, silnie napigmentowanym kolorem, możemy po taki sięgnąć w minimalistycznej wersji, która jednak zapewnia maxi efekt. Mowa oczywiście o frenchu wykończonym neonem. Całą płytkę przeciągamy mlecznobiałą bazą albo lakierem w tonacji chłodnego, lekko przybrudzonego różu, a mały półksiężyc wieńczący paznokieć kontrastowo akcentujemy soczystym oranżem, rozwibrowaną fuksją albo wesołym, trochę psotnym różem. I gotowe!