Twoja szafa pęka w szwach i nie możesz nic w niej znaleźć, a kuchenne szafki pełne są nieużywanych gadżetów kupionych pod wpływem impulsu? A może czujesz się przytłoczona liczbą rzeczy, które zgromadziłaś przez lata w swoim domu? Jeżeli choć na jedno z tych pytań odpowiedziałaś twierdząco – pora na generalne porządki.
O tym, jak skutecznie uporządkować przestrzeń wokół siebie i dlaczego pozbycie się bałaganu i niepotrzebnych rzeczy może odmienić Twoje życie, rozmawiam z Mery Piotrowską, specjalistką organizacji wnętrz i declutteringu.
Marta Agata Bieniak
Marta Agata Bieniak: W branży declutteringu Twoje nazwisko jest dobrze rozpoznawalne. Jak trafiłaś do miejsca, w którym obecnie się znajdujesz?
Mery Piotrowska: Wszystkie decyzje zawodowe, jakie w życiu podejmowałam, w pewnym stopniu zaprowadziły mnie właśnie tutaj, gdzie jestem dzisiaj. Gdyby nie wszystkie prace, które wykonywałam, nie miałabym takich kompetencji, jakie mam dzisiaj i nie odniosłabym takiego sukcesu, jaki odnoszę.
Jestem w branży zaledwie od roku i uważam, że to jest naprawdę niesamowite, że w tak krótkim czasie tyle się wydarzyło. Jestem zapraszana do telewizji, występuję jako ekspert w śniadaniówkach, dostałam też propozycję od dużego wydawnictwa na wydanie książki. Współpracuję z wielkimi nazwiskami, bardzo dużo firm zgłasza się do mnie o współprace produktowe, także naprawdę to wszystko idzie jak burza.
Decluttering to proces porządkowania i eliminowania zbędnych przedmiotów z przestrzeni, aby stworzyć bardziej funkcjonalne i przyjemne otoczenie.
Jesteś przykładem, że warto biec za marzeniami.
Zawsze wiedziałam, że chcę czegoś więcej od życia. Wiedziałam, że chcę mieć własny biznes, ponieważ moi rodzice prowadzili swoje firmy i zaszczepili we mnie wiarę w to, że jest to fajna i ciekawa droga. Od razu po studiach poszłam do pracy etatowej, która bardzo dużo mi dała pod kątem pracy projektowej i pracy z klientem. Rzucono mnie na głęboką wodę, bo jako młodziutka dziewczyna trafiłam od razu do działu finansów i bankowości, gdzie, nie mając o tym pojęcia, chodziłam na spotkania z największymi bankami inwestycyjnymi i musiałam sobie jakoś radzić. Po pewnym czasie poczułam, że jestem tam nieszczęśliwa, ponieważ brakuje mi autonomii, wolności, możliwości chociażby tego, że jak mam ochotę pracować 20 godzin, to pracuję, a jak mam dzień, że chcę pójść z siostrą na kawę, to to robię. Dlatego otworzyłam swoją firmę i zajęłam się organizacją ślubów i wesel i to mi szło super. To była praca marzeń, ale zaszłam w jedną, potem w drugą ciążę, przyszła pandemia, więc klienci zaczęli przekładać i odwoływać śluby. Zaczęłam się zastanawiać, co dalej i doszłam do wniosku, że praca wedding plannerki nie jest dla mamy dwójki dzieci. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że dzwonię do panny młodej z informacją, że nie przyjadę, bo mam chore dziecko. Wiedziałam, z czym wiąże się ta praca i jak ogromna to jest odpowiedzialność.
Wtedy przyszedł Ci do głowy pomysł, że mogłabyś zająć się organizacją przestrzeni?
Razem z moim młodszym bratem zastanawialiśmy się, jaki biznes moglibyśmy wspólnie stworzyć. On pracował na etacie, miał dobrą pracę, ale czegoś mu brakowało. Wymyśliliśmy, że zaczniemy prać dywany i tapicerki meblowe i otworzyliśmy razem firmę. Ja już wcześniej miałam w głowie pomysł organizacji przestrzeni, uwielbiałam oglądać popularne programy o odgracaniu domów, chciałam zrobić taki program w Polsce, po swojemu. Uznałam, że zacznę z bratem, a potem rozszerzymy swoją działalność. Chciałam zrobić wielką firmę sprzątającą, jednak się okazało, że kiedy zaczęłam zajmować się zarówno praniem dywanów, jak i organizacją przestrzeni, to przy dwójce dzieci stało się to uciążliwe. Porozmawiałam z bratem i w ciągu jednego dnia zmieniałam cały plan, pełną parą poszłam w temat organizacji! Skończyłam kurs zawodowy, na którym podniosłam swoje kwalifikacje, zobaczyłam, jak wygląda taka praca w realizacjach premium, w prestiżowych domach i bardzo intensywnie pracowałam nad rozkręceniem Instagrama, bo to jest klucz do stworzenia swojej marki osobistej w dzisiejszych czasach. A potem już wszystko zadziało się bardzo szybko.

Twój spektakularny sukces zawdzięczasz chyba także temu, że przyciągasz ludzi, robiąc biznes premium bez nadęcia, widać, że sprawia Ci to frajdę. Czy zawód, który w tym momencie wykonujesz, rzeczywiście zmienił Twoje życie?
Tak! Jestem takim „transparentnym człowiekiem”, jak mam gorszy dzień, to od razu to po mnie widać jak na dłoni i nie potrafiłabym ludzi oszukiwać. Gdybym ja w to tak nie wierzyła, jak wierzę, to myślę, że nie byłoby takiego sukcesu, bo ludzie czują, jak coś jest nieautentyczne.
Opowiadam tę swoją historię, dzięki czemu ludzie mogą zobaczyć, że to nie jest tak, że ja jestem panią w garniturze z białą rękawiczką, która zawsze miała wszystko idealnie poukładane, ale ja też jestem mamą, która nie zawsze dawała sobie radę z porządkiem, którą przytłoczył nadmiar rzeczy, nad którą te rzeczy miały w pewnym momencie władzę. I moim zdaniem bardzo ważne jest to, żeby odzyskać tę kontrolę nad rzeczami, bo one nam się wymykają, nie wiemy już, co mamy, gdzie mamy, ile tego mamy, czy tego potrzebujemy. Ilu ludzi ma takie miejsca w domu, w których nie wiedzą, co jest? Skoro przez wiele lat obyli się bez tych rzeczy, to najprawdopodobniej one po prostu nie są im potrzebne. Proces odgracania, czyli decluttering, to jest swego rodzaju terapia, która przyda się większości z nas, bo kompulsywnie kupujemy, bezmyślnie wydajemy ogromne pieniądze na rzeczy, których nie potrzebujemy.
Mówisz, że nie zawsze umiałaś zapanować nad porządkiem w domu, ale chyba zawsze był on dla Ciebie ważny, jeżeli zawodowo zajęłaś się tym tematem.
Tak, pamiętam, że już jako dziecko raz na jakiś czas miałam taki zryw, że wyjmowałam wszystko z szafek czy z szuflad i robiłam sobie takie generalne sprzątanie. W dzieciństwie trenowałam wyczynowo pływanie, co zabierało mi ogrom czasu, byłam tak zmęczona, że nie dbałam o porządek, więc bardzo łatwo robił się bałagan. Później, już w dorosłym życiu, porządek zawsze był dla mnie ważny, natomiast nie do końca wiedziałam, co zrobić, żeby on się utrzymywał. Przy dwójce dzieci, gdzie jedno jest wysoko wrażliwe i przez długi czas było właściwie „nieodkładalne”, przeprowadziliśmy się z mężem trzy razy i był to naprawdę trudny czas. Jednak to wtedy właśnie opracowałam metodykę, którą teraz stosuję. Zobaczyłam realny efekt, bo porządek, który zrobiłam, zaczął się utrzymywać.
Mam taką misję, żeby jak najwięcej osób zrozumiało tę metodę i się jej nauczyło, bo to naprawdę zmienia życie. Widzę to po sobie, chociażby moja kuchnia, która przy dzieciach jest trudna do utrzymania w czystości, jest zawsze wysprzątana, bo mam wszędzie popodpisywane półeczki, szuflady, szafeczki i nawet jak mam dzień, że po prostu nic mi się nie chce albo nie mam czasu, to dzięki temu wiem, gdzie co ma swoje miejsce i nie zajmuję sobie tym głowy. Mam koszyczki, które też mają konkretne podpisy, mam przeźroczyste pojemniki, w których widzę, co mi się kończy i co muszę dokupić, w szafach mam pojemniczki na konkretne grupy przedmiotów, na przykład zrobiłam sobie taki pojemniczek z podpisem: zaproszenia, i kiedy mamy zaproszenie na urodziny, śluby czy ja na jakieś eventy, to się nie zastanawiam, gdzie je położyć, tylko idę do przedpokoju i mam na to pudełeczko. Podobnie z kartami lojalnościowymi czy z paragonami, jak to wszystko ma swoje miejsce, to nie masz problemu z tym, żeby coś znaleźć, ale też jak sprzątasz, to wiesz, gdzie tę rzecz masz postawić.
Jak porządek w przestrzeni, w której przebywamy, wpływa na nasze życie i na relacje z domownikami?
Ogromnie! Wystarczy sobie przypomnieć, ile razy odbywały się dyskusje z rodzicami, dziećmi czy z partnerem na temat tego, kto coś sprzątnie, kto nie odłożył rzeczy na swoje miejsce, kto wyniesie śmieci czy pozmywa. Dlatego jeżeli jest wdrożona dobra organizacja i każdy wie, gdzie jest miejsce danej rzeczy, to bardzo ułatwia wspólne życie. Kiedy mój mąż czegoś szuka, to mówię mu, żeby otworzył szafę, a tam wszystko ma opisane. Tak samo jest, kiedy zamawiam zakupy spożywcze online, widzę, czego brakuje w pojemnikach. Mam fajny feedback od moich klientek i kursantek, które zorganizowały ze mną swoją przestrzeń, że ich dzieci też złapały bakcyla, że lubią porządek, sprzątać i wiedzieć, gdzie co ma swoje miejsce, więc myślę, że od najmłodszych lat łatwo jest w dzieciach wyrobić nawyk sprzątania i odkładania rzeczy na swoje miejsce. Można wydrukować naklejeczki na przykład z samochodzikami, laleczkami czy z klockami i przykleić do szafek, żeby dzieci po prostu wiedziały, gdzie co mają odkładać.
Z doświadczenia wiem, że trudniej zaangażować do pomocy nastoletnie dzieci. Jak w takim razie utrzymać porządek w domu, w którym wszystko robimy same, bo na przykład partner czy mąż nam nie pomaga?
Jak mówiłam, warto kształtować dobre nawyki od najmłodszych lat, natomiast jeżeli ten moment został przegapiony, to uważam, że bardzo fajnie byłoby takiego nastolatka zaangażować w cały proces sprzątania i organizacji przestrzeni. Możemy umówić się, że w konkretny weekend wszyscy są w domu i pomagają, rozkładacie na podłodze kocyki, wyjmujecie wszystko z szafek kuchennych, grupujecie na kategorie, które zapisujecie na karteczkach, czyli na przykład garnki, sztućce, patelnie, kubki, konserwy, przekąski, suche zapasy i tak dalej. Potem już tylko się bawicie w przesypywanie do pojemników, układanie i organizowanie całej kuchni. Ważne jest, żeby wszyscy domownicy w tym uczestniczyli, żeby zobaczyli, ile to wymaga pracy, żeby wspólnie przez to przejść. To też może być ciekawą zabawą, wspólnym spędzaniem czasu.
W swoim kursie uczę tego, że w przypadku, kiedy rodzina nie uczestniczyła w tym procesie organizowania, żeby mama zaprosiła rodzinę do danego pomieszczenia, pokazała efekt i podzieliła się tym, ile pracy i energii ją to kosztowało i że utrzymanie tego stanu jest dla niej czymś bardzo ważnym. Niech domownicy zobaczą, co gdzie jest, że każda szafka i szuflada są podpisane, więc naprawdę to nie wymaga od nich dużej pracy, żeby po prostu odkładać rzeczy na swoje miejsce. I z doświadczenia pracy u klientek widzę, że dzieci i mężowie uwielbiają taką organizację i jak to już jest porządnie, spektakularnie zrobione i świetnie wygląda, to uszanują pracę mamy i żony.

Pozostaje jeszcze kwestia słomianego zapału – zrobiło się ciepło, świeci słońce, postanawiamy zrobić wielkie sprzątanie, ale okazuje się, że na zrobienie tego do końca zabrakło nam już zapału i siły, zostajemy więc z bałaganem na środku kuchni. Jak z tym walczyć?
Uśmiecham się, bo mam to wszystko rozpisane w swoim kursie online Kuchenne Fenomeny: Poznaj Tajniki Organizacji. W jednej z pierwszych lekcji zachęcam, żeby zanim się rozpocznie wielkie sprzątanie zdać sobie sprawę z tego, że to trudny proces i należy się przygotować na to, że to nie jest tak, że pomyślisz sobie: dzieci są teraz w żłobku, mam dwie godziny, to sobie ogarnę szafę. No nie, rozgrzebiesz ją tylko, stracisz zapał i najprawdopodobniej zrobisz to źle albo zostawisz w połowie, bo będziesz zniechęcona.
Należy przede wszystkim zaplanować w czasie organizację jednej przestrzeni – moim zdaniem to powinny być 2 pełne dni pracy. Oczywiście mamy różnego rozmiaru pomieszczenia i różną liczbę rzeczy, ale z doświadczenia wiem, że ten drugi dzień na dokończenie pracy jest ważny. Zanim w ogóle zaczniemy, to siadamy z kartką i długopisem i odpowiadamy sobie na pytania, dlaczego to w ogóle robię, dlaczego chcę zorganizować kuchnię, co mi to da? Piszę też w czasie dokonanym takie zdania: dzisiaj skończyłam organizację kuchni, jestem z siebie bardzo dumna, w kuchni jest porządek i harmonia, czuję szczęście, jak do niej wchodzę, przestałam się wstydzić bałaganu w szafkach, od dzisiaj nawet teściowa może zajrzeć do każdej szuflady. Takie ćwiczenia sprawiają, że jak przyjdzie moment, że mamy dość, to możemy sobie przypomnieć, po co to robimy. Możemy wtedy usiąść, chwilę odpocząć, spacerek, kawka, ciasteczko, obiadek, żeby odetchnąć i przeczytać sobie to, co napisaliśmy, zastanowić się nad tym chwilę. To właściwie zawsze pomaga.
Lepiej zająć się tylko jednym pomieszczeniem, czy może jak już zaczęliśmy, to wysprzątać cały dom od razu?
Nie rekomenduję sprzątania całego domu naraz, natomiast trzymam się zasady, że jedna przestrzeń na jeden raz, czyli kuchnia, ale wtedy cała, z szafek i szuflad wyciągamy wszystko, więc to jest naprawdę mocno angażujący proces. To jedyny skuteczny sposób, bo wtedy dokładnie wiemy, co w tej kuchni jest, jesteśmy w stanie sprawdzić, ile mamy duplikatów danych rzeczy, ile mamy zepsutego jedzenia czy blaszek, które są porysowane i po prostu z nich nie korzystamy.
Zobaczenie, ile tego wszystkiego mamy w kuchni ma działanie terapeutyczne. Za każdym razem moje klientki niedowierzają, że to się tam zmieściło. Ten efekt szoku wykorzystuję przy konsultacjach stricte pod kątem declutteringu, kiedy ktoś ma bardzo zagracone mieszkanie. Miałam klientkę, która opowiadała mi historię, że bardzo się wstydzi otwierać szuflady, kiedy ktoś do nich przychodzi, a największy strach ma przed swoją teściową. Pewnego dnia sprzątała dwie godziny przed jej przyjściem, a ona zajrzała akurat do „szuflady wstydu”. Podczas konsultacji zaczęłyśmy sprzątać i tylko z tej jednej szuflady wyniosłyśmy dwa worki śmieci, bo przez lata były w niej poupychane stare telefony i inne niepotrzebne rzeczy.
Jakie są najczęstsze problemy, z jakimi mierzą się Twoje klientki?
Przede wszystkim gromadzenie rzeczy, których nie potrzebują. Problem z rozstawaniem się z rzeczami, ponieważ mają przeświadczenie, że skoro wydały na coś pieniądze, to jak tę rzecz komuś oddadzą, to zmarnują pieniądze. Stworzyłam plansze, które uławiają podjęcie decyzji, co z daną rzeczą warto zrobić, klientki przechodzą drogę z pytaniami, na przykład: kiedy ostatnio korzystałaś z tej rzeczy, czy ta rzecz działa, czy ta rzecz sprawia ci radość, czy masz duplikat tej rzeczy i na koniec bardzo ważne pytanie o to, czy gdybyś mogła cofnąć czas, to kupiłabyś tę rzecz jeszcze raz? Jeżeli wychodzi, że nie, to po prostu to oddaj.
Klientki często mówią, że dana rzecz była droga i nie chcą jej oddawać, wolą sprzedać. Więc do sprzedaży zrobiłam podobne plansze, które pomagają przeliczyć, czy rzeczywiście to im się opłaca. Kiedy się zsumuje, ile Ci zajmuje zrobienie zdjęć tej rzeczy, wystawienie jej, zrobienie opisów i odpisywanie na wiadomości, to może się okazać, że stracisz wiele czasu, który mogłabyś spędzić z dziećmi czy pójść na spacer do lasu, ugotować zdrowy obiad czy po prostu rozwijać się zawodowo. A ile mam klientek, które mają całe szafy rzeczy odłożonych z myślą, że kiedyś je sprzedadzą. Ja też kiedyś byłam w tym miejscu, co one, rozumiem je.
Chyba każdy z nas ma taką szufladę wstydu.
No właśnie. Zrozumiałam, że rzeczy mają swoją energię, ale też zabierają naszą energię, czas, sprawczość, uwagę. Czasem lepiej pozbyć się jakiejś rzeczy, oddając ją komuś i przy okazji robiąc coś dobrego, niż żeby leżała w szafie i była dla nas balastem.
Ostatnia grupa rzeczy, z którą moje klientki mają problem, żeby się z nimi rozstać, to rzeczy sentymentalne, na przykład z okresu, kiedy dzieci były małe albo po zmarłym bliskim. Stworzyłam więc do tego analogicznie działające plansze z pytaniami, które doprowadzają do stwierdzenia, czy faktycznie tej rzeczy potrzebuję, bo kluczem do sukcesu jest to, żeby absolutnie nikogo nie zmuszać do pozbywania się rzeczy, z którymi naprawdę nie chcą się rozstawać. Jeżeli zrobimy to wbrew sobie, to będziemy niezadowolone i prędzej czy później znowu zagracimy przestrzeń.
Porównałaś tę pracę do procesu terapeutycznego, opowiedz, proszę, jak wygląda Twoja wizyta u klientki i od czego zaczynasz.
Najpierw robimy krótki wywiad telefoniczny, ustalamy, ile jest pomieszczeń, którymi klientka chce się zająć. Podczas konsultacji już w domu klientki omawiamy oczekiwania, diagnozujemy dotychczasowe problemy z utrzymaniem porządku i z gromadzeniem rzeczy. Następnie robię bardzo szczegółowe pomiary całej zabudowy stolarskiej i na tej podstawie przez wiele godzin tworzę spersonalizowaną listę produktów do organizacji, stricte pod te wymiary. Na drugą wizytę przyjeżdżam już z konkretnymi produktami i poradami i zajmuję się każdym z pomieszczeń.

Zależy mi, żeby wybrzmiało to, że Twoja praca nie jest usługą sprzątania, a o wiele bardziej skomplikowaną i porządkującą życie ofertą.
Gdyby to była usługa sprzątania, to wiele osób miałoby na półkach i w szafkach porządek. Większość z nas ma panią od sprzątania, ale ona jest bardziej od wytarcia kurzy i umycia okien, a ja zajmuję się logistyką, staram się sprawić, aby ten dom jak najlepiej funkcjonował, aby jak najłatwiej nam się szykowało posiłki i jak najłatwiej sprzątało, żeby zminimalizować ryzyko powstawania bałaganu. Wsłuchuję się w potrzeby domowników, podam przykład: rodzina, która lubi jeść owsiankę każdego dnia, nie może trzymać płatków owsianych i bakalii gdzieś głęboko i daleko w szafce, bo to utrudni szybkie szykowanie posiłku. Jeżeli codziennie będą musieli wykonać chociażby te 3 kroki więcej do szafki, to przy rocznym zsumowaniu wychodzi po prostu ogrom czasu, który dodatkowo marnują na to, żeby przygotować śniadanie. Rodzina powinna tak dostosować do swoich potrzeb rozplanowanie w kuchni, żeby jak najmniej ruchów musieć wykonać podczas codziennych działań i żeby zaoszczędzić cenny czas.
Ta sama zasada dotyczy szuflad, w których najpierw odsuwa się front, a dopiero potem są wysuwane ręką szuflady, czyli w momencie, kiedy sięgamy po sztućce, trzeba wykonać więcej ruchów ręką, czego można łatwo uniknąć, kupując gadżet, który automatycznie wysuwa front i szufladę. Przecież ze sztućców każdy korzysta bez przerwy, więc dostęp do tego musi być jak najprostszy i jak najszybszy, żeby po prostu nie generować sobie dodatkowej pracy. Podobnie jest ze zmywarką, można porozstawiać naczynia po całej kuchni i biegać przy rozładowaniu zmywarki albo postarać się, żeby wszystko było blisko, żeby tę zmywarkę łatwo i szybko się opróżniało.
Czy aby tak indywidualnie podejść do organizacji domu, konieczna jest Twoja wizyta w nim, czy może jesteśmy sobie w stanie poradzić z tym, bazując jedynie na kursie, który stworzyłaś?
Kurs, który stworzyłam ma 49 lekcji i każdy temat rozkładam na czynniki pierwsze. Podczas szkolenia pracuję też na prawdziwej domowej kuchni, w której żyją ludzie i organizuję jej przestrzeń na oczach kursantów. Przechodzę przez całą kuchnię i opowiadam co, gdzie i dlaczego tutaj dana rzecz powinna się znajdować. Do każdej lekcji można sobie wrócić. Mając tę wiedzę, kursantki mogą stworzyć taką przestrzeń, w której wszystko jest ergonomiczne i funkcjonuje jak najlepiej. Kurs kupiło już 120 dziewczyn i naprawdę dostałam fantastyczne opinie o nim. Dziewczyny wysyłają zdjęcia przemiany ich kuchni, ale i wiele z nich zainspirowałam do tego, że zaczęły świadczyć podobne usługi, bo zobaczyły, że to działa i chcą teraz pomagać innym.
Porozmawiamy o finansach. Organizacja przestrzeni wymaga zakupu wielu przydatnych gadżetów, chociażby takich do otwierania szuflad, o których wspominałaś, słoików czy pudełek, a to już są realne koszty. Czy to zawsze musi być spora inwestycja?
No widzisz, ja się znowu uśmiecham, bo sama jestem zachwycona tym, jak kompleksowy jest mój kurs. Jest w nim lekcja o tym, jak niskobudżetowo zorganizować kuchnię, ale i jak urządzić małą lub wynajmowaną przestrzeń. Moim zdaniem osoby, które mówią, że nie będą inwestowały w kupowanie potrzebnych rzeczy, bo nie jest to ich docelowe mieszkanie lub że właśnie budują dom i będą się przeprowadzać, szukają wymówek.
I oczywiście mogą dalej ich szukać i żyć w chaosie, a mogą wziąć odpowiedzialność za swoje rzeczy i za bałagan, który mają w szafkach, szufladach i niejednokrotnie w głowach. Uważam, że stan faktyczny mieszkania, a już zwłaszcza tego, co się dzieje w środku tych szafek i szuflad, to jest odzwierciedlenie tego, co kryje nasza głowa i poukładanie sobie pewnych rzeczy może zaczynać się od zorganizowania przestrzeni, bo to odblokowuje niesamowity potencjał.
Wracając do tematu niskobudżetowej organizacji, to można zorganizować się nawet w pudełkach po butach. Nieważne, czy jest to własny dom, czy wynajmowane mieszkanie, można zredukować liczbę rzeczy tak, aby w łatwo dostępnych miejscach były te, z których faktycznie na co dzień się korzysta. I już samo to poprawi nastrój i funkcjonowanie, przyspieszy poranne szykowanie się, no i będzie mniej sprzątania, bo dobrze wiemy, że im więcej rzeczy, tym sprzątanie zajmuje nam więcej czasu. Organizacja nie musi być droga, a to, co jest najważniejsze, to zachowanie pewnych zasad, bo przecież chodzi o to, żeby wszystko pogrupować w kategorie i żeby każda z nich miała swoje miejsce, a czy to będzie koszyczek za 170 złotych, czy pudełko po butach, nie ma większego znaczenia. Wizualnie na pierwszy rzut oka nie będzie to aż taki efekt, ale można z miesiąca na miesiąc dokupować po kilka koszyczków i zastępować te pudełka. Uważam więc, że jeżeli ktoś mówi, że to musi być drogie i w związku z tym nie podejmuje się zadania organizacji swojej przestrzeni, to szuka wymówek, a jeżeli szuka, no to je znajdzie.
Pigułka organizacyjna:
Podczas pracy zawsze korzystam z mojego autorskiego modelu DOM, który jest kluczem do harmonii i efektywności w organizacji życia.
D to Decluttering, czyli pozbycie się nadmiaru niepotrzebnych rzeczy. Przecież nie ma sensu szukać miejsc dla rzeczy, z których nie korzystamy. Nadmiar rzeczy sprawia, że bałagan będzie zawsze powracał. Liczbę rzeczy dostosowujemy do ilości miejsca, jaką mamy.
O oznacza Organizację. Rzeczy, które są już przejrzane, ulubione i używane znajdują swoje miejsce. Pamiętamy przy tym o pogrupowaniu ich na kategorie.
M to Marzenie o utrzymaniu tego stanu. Pamiętamy o podpisaniu, etykietowaniu każdego pojemniczka, pudełeczka, a nawet szafki. Dzięki temu będziemy odkładać rzeczy na swoje miejsce, co pozwoli nam cieszyć się porządkiem i spokojem ducha.
Ja zaczynałam organizację w pięknych, pękatych słojach, które niestety się nie sprawdziły w mojej szafie i przy dzieciach.
Bardzo często mam klientki, które podejmowały próby zorganizowania kuchni i myślały, że kupienie pojemników załatwi problem. Kupiły jednak złe, wydały niepotrzebnie pieniądze i dziwiły się, dlaczego to nie działa. Dlatego ja w swoim kursie opowiadam o tym, jakie pojemniki się sprawdzają i do czego, dołączam też do tego listę sprawdzonych przeze mnie rzeczy, które są podzielone na konkretne grupy, na przykład na przyprawy, na przekąski, na suche zapasy, a nawet na karmę dla zwierząt. To ważne, żeby faktycznie korzystać ze sprawdzonych rozwiązań.
Rzeczy, które nie pasują do tego, do czego zostały kupione, staram się wykorzystać w innym miejscu. Zdarzają się też klientki, które chcą użyć tych pojemników, które już są w kuchni i wtedy tak kombinuję, żeby można było to zrobić.
Mówisz nie tylko o porządkowaniu, ale i o usunięciu zbędnych przedmiotów z naszej przestrzeni – to modny od lat trend na minimalizm czy rzeczywiście zmniejszenie liczby rzeczy, którymi się otaczamy, pomaga nam zapanować nad chaosem w życiu?
Zacznę od tego, że ja nie jestem minimalistką i wcale do tego nie namawiam. Był swego czasu taki bum na to, żeby mieć jedną parę spodni i jedną koszulkę, ale uważam, że powinniśmy mieć tyle rzeczy, ile realnie potrzebujemy i na które mamy miejsce. Pracując z aktorkami, podchodzę do tematu zupełnie inaczej, nie mogę im powiedzieć, że sukienka z lat 90. XX w. z bufiastymi rękawami jest niepotrzebna, bo wiem, że one chodzą na castingi i muszą mieć ubrania, żeby się dostosować do roli. Pomagam influencerkom, które nagrywają bardzo dużo filmików na social media i potrzebują charakteryzacji, muszą się przebierać na potrzeby konkretnej współpracy. Jest to więc zupełnie inna praca, jeżeli jednak ta gwiazda ma za mało miejsca i rzeczy się wylewają z szafy, to jest to znak, że albo zwiększamy przestrzeń do przechowywania, albo do tej przestrzeni, którą mamy, zmniejszamy liczbę strojów na tyle, żeby nam się to swobodnie mieściło. Bo jeżeli wieszaki będą poupychane, to siłą rzeczy ubrania będą pogniecione, a i klientki nie będą wiedziały, gdzie co mają.
Zmniejszenie liczby posiadanych rzeczy absolutnie pomaga. Zostając przy temacie szafy, bardzo często widzę u klientek ubrania z tanich sieciówek, które mają metki i nigdy nie były założone. To jest konsumpcjonizm i marnowanie pieniędzy, lubię zwrócić na to uwagę, wyjmując wszystko z szafy, żeby pokazać, ile tego realnie jest. Z dużą empatią podchodzę do swoich klientek, starając się rozmawiać z nimi w taki sposób, żeby nie wprowadzać ich w zakłopotanie, ale zadawać odpowiednie pytania, dzięki którym same potrafią odpowiedzieć sobie na pytanie, czy danej rzeczy potrzebują, czy nie. Widząc 30 sukienek, które były w szafie, pytam, jak często w Polsce jest na tyle ciepło, żeby je wszystkie nosić i którą faktycznie miała w zeszłym sezonie choć raz na sobie.

I w którą się mieści, bo kobiety często zostawiają na lepsze czasy rzeczy, które są za małe.
Właśnie, często słyszę: zostawiam, bo schudnę. Przecież jak schudniesz, to moda może się zmienić, będziesz chciała się docenić i uhonorować za to, że schudłaś, a nie nosić starą sukienkę. Sprzedaj ją albo oddaj, a jak schudniesz, kupisz sobie nową, wymarzoną.
Na końcu tych wszystkich pytań jest zawsze jedno najważniejsze: Jaki jest Twój cel? Czy Twoim celem jest poukładanie na chwilę rzeczy, które masz, mając świadomość, że zaraz będzie znowu bałagan, czy Twoim celem jest to, żeby w tej szafie zapanował porządek? Jeżeli chcesz długotrwałego efektu, to zaufaj mi, że musimy zredukować liczbę rzeczy. Jeżeli klientka nie ma w sobie pozwolenia na to, żeby czegokolwiek się pozbyć, to nie ma sensu podejmować naszej współpracy, bo moja praca nie polega na tym, żeby poukładać rzeczy, ale żeby wprowadzić realne zmiany w życiu danego człowieka.
Co oprócz kuchni i szafy jest jeszcze takim problematycznym obszarem?
Na pewno leki, które kupujemy bez namysłu. Idziemy do lekarza, który wypisuje recepty, a wystarczy zrobić sobie zdjęcie leków, które mamy i po prostu zapytać, czy któryś z nich nie będzie odpowiedni. Raz, że nie wydamy pieniędzy, a dwa, że nie zostaną nam kolejne otwarte leki. W swojej pracy widzę gigantyczne liczby leków i suplementów, bardzo dużo z nich jest przeterminowanych albo nie wiadomo, do czego służą.
Kolejna rzecz to dokumenty, ponieważ często gromadzimy te, których nie ma sensu trzymać. Akty notarialne czy akty małżeństwa i urodzenia zostawiamy, ale stary paragon czy rachunek za telefon to są rzeczy, które naprawdę się nam do niczego nie przydadzą. Podobnie jak instrukcje obsługi, które przecież wszystkie znajdziemy w internecie. Przyznajcie się, kiedy ostatni raz zajrzałyście do jakiejś instrukcji?
Poniszczone buty, takie, w których raczej nikt już nie będzie chodził, ale ludzie mają problem z rozstaniem się z nimi. No i zabawki dziecięce, to jest duży problem. Jak słyszę od klientek, bardzo często to jest kwestia tego, że dzieci na różne okazje dostają bardzo dużo zabawek, takich niewyszukanych, które szybko się nudzą i zalewają pokoiki dziecięce, generując duży bałagan i chaos.
Jednak z tego wszystkiego jednak kuchnia jest najgorsza. Mnóstwo pojemników bez przykrywek, niedopasowane do garnków pokrywki, wymyślne blachy do pieczenia babeczek w domu, w którym właściwie nie włącza się piekarnika, gromadzenie różnych niepotrzebnych sprzętów do gotowania ryżu, do gotowania na parze, do miksowania, do robienia lodów, a przecież można by to zamienić na jednego thermomixa albo się zastanowić, po co nam to, skoro z tego raczej nie korzystamy. Zestawy świąteczne wyciągane raz do roku, mnóstwo słoików, butelek, siatek, reklamówek, 5 chochli i 10 wyciskarek do czosnku, bo często zdarza się, że widzę dużo duplikatów danej rzeczy.
I dajesz słowo, że jesteśmy w stanie to wszystko poukładać i nie ma przypadków beznadziejnych?
Nie spotkałam się jeszcze z takim przypadkiem w swojej karierze (śmiech). Najważniejsze jest dla mnie, żeby klientka działała w zgodzie ze sobą. Nie zawsze w trakcie organizacji klientka jest ze mną, są różne sytuacje, bardzo często są to zapracowane osoby, które nie mają czasu uczestniczyć w tym procesie.
Moje pokolenie, które wchodziło w dorosłość w latach 90. XX w., jest uwikłane w niezręczną sytuację, która zmusza nas do trzymania rzeczy, których nie wykorzystujemy. Z okazji ślubów i świąt dostaliśmy od teściowych naręcza gryzących ręczników frotté, brzydkich pościeli i emaliowanych garnków niepasujących do nowoczesnych kuchni. Te wszystkie rzeczy, z trudem zdobyte 20 lat wcześniej, znalazły się w naszych szafach i głupio je teraz wyrzucić, bo teściowa zawsze może sprawdzić, czy nadal je mamy.
Tak, spotykam się z tym. Warto zobaczyć, jaką Ty masz relację z teściową, bo może możesz jej szczerze powiedzieć: „Słuchaj, Halino, ja nie potrzebuję tych ręczników, może Tobie się przydadzą na działkę”. Jednak jest i tak, że często to jest pewnego rodzaju wymówka, bo ile razy w prawdziwym życiu zdarza się, żeby teściowa przychodziła i pytała, gdzie są te ręczniki, które Ci dałam 30 lat temu? No więc znowu zadajemy sobie pytanie, jaki jest nasz cel: szukanie wymówek czy odzyskanie lekkości.

Dla mnie uwolnienie przestrzeni w domu było przyczynkiem do poukładania sobie w głowie i każdemu polecam taką przygodę z odgracaniem. Gdybyś miała przekonać nieprzekonanych w kilku słowach, to jakie największe korzyści uporządkowania i declutteringu byś wymieniła?
Wolność, bo kiedy te wszystkie rzeczy wypływają z szaf i szuflad, to przejmują kontrolę nad nami. Odzyskujemy czas, który poświęcamy na sprzątanie. Oszczędzamy pieniądze, nie wydając ich na rzeczy, których nie potrzebujemy. Lepsze zdrowie psychiczne, o czym mówiła podczas mojego ostatniego spotkania online psycholog, proces odgracania i poukładania wspomaga leczenie stanów depresyjnych i może być krokiem do wielkich zmian. I szczęście, czego jestem najlepszym przykładem.
Nazywam się Mery Piotrowska, zajmuję się profesjonalną organizacją przestrzeni i declutteringiem. Rozwiązuję problem nawracającego bałaganu, aby domy moich klientów już zawsze były zorganizowane i funkcjonalne. Miałam okazję wielokrotnie występować w telewizji oraz organizowałam domu wielu znanych osób. Organizacja przestrzeni jest moją pasją, a moją misją jest, aby Ciebie również zainspirować tym tematem.
Makijaż: Magda Belcarz
Stylizacje: Joanna Sokół, Monika Szmidt
Zdjęcia: Daniel Król
Sesja zdjęciowa została zrealizowana w Summer Studio Pałac.