Poznaj historię Ewy, która otwarcie opowiada o wyzwaniach i sukcesach związanych z wychowywaniem szóstki dzieci, radzeniem sobie z kryzysem małżeńskim i znalezieniem równowagi między pracą a życiem rodzinnym.
Marta Agata Bieniak
Marta: Ewo, zacznijmy od tego, co prawdopodobnie wszystkich najbardziej ciekawi – jak Ty to „ogarniasz”? Szóstka dzieci, dom, praca, a jeszcze chciałoby się pobyć trochę z mężem i czasem zrobić coś tylko dla siebie.
Ewa: Zabrzmi to banalnie, ale nauczyłam się tego, po prostu. Musiałam tak sobie dostosować swój czas, przestrzeń i wszystko dookoła, tak zorganizować swoje życie, żeby działo i żebym mogła cieszyć się swoimi sprawami, żebym mogła okiełznać macierzyństwo. Życie nauczyło mnie logistyki trochę metodą prób i błędów, a trochę metodą walki, bo trzeba było wywalczyć ten czas dla siebie. Usiadłam i zaczęłam to planować i doszłam do miejsca, w którym jestem teraz. Bez planowania, bez kalendarza, bez rozpisek i notatek, bez myślenia o tym, jak to wszystko zrobić, nigdy by mi się nie udało.
A planować było co, bo masz dwie córki i dwie pary bliźniąt. Taki był plan, marzyłaś o wielodzietnej rodzinie?
Nie, miałam w głowie taki obraz: dwójka, maksymalnie trójka dzieci. Kiedy układałam sobie pierwszą rodzinę, z pierwszym mężem, to miałam wyidealizowany obraz małżeństwa, tego, że dom jest najważniejszy, dzieci i rodzina to jest priorytet. Nic z tego nie wyszło. Osoba, z którą się związałam, zupełnie inaczej postrzegała świat.
Dziewczęta były już duże, między nimi a chłopakami jest spora różnica. Małe dzieci w domu, nowy mężczyzna mamy. Nie buntowały się?
Nie, zupełnie nie, bunt się zaczął trochę później, w zupełnie innych okolicznościach i tylko u jednej z córek. Ich ojciec się nimi kompletnie nie interesował i w tamtym czasie one były spragnione ojca, miłości mężczyzny i stworzenia domu. Kiedy pojawił się mój obecny mąż, bardzo go pokochały, traktują go jak tatę.
Kiedy Bartek pojawił się w ich życiu, to jedna miała lat 6, a druga 9 lat. Starsza córka zaczęła wkraczać wtedy w okres buntu, ale takiego nastolatkowego buntu przeciwko światu, przeciwko temu, że została porzucona, do tego pojawiły się babcia z ciocią, które zaczęły nią manipulować, więc tym trzeba było się zaopiekować.
Trudno zajmować się starszymi dziećmi, kiedy młodsze wymagają opieki, szczególnie że urodziłaś drugą parę bliźniąt 20 miesięcy po poprzednim porodzie.
To był bardzo trudny czas. Takim skrajnym momentem był ten, kiedy urodzili się drudzy chłopcy. Byłam trzy dni po cesarce, w domu miałam niechodzące niemowlaki, młodsi chłopcy leżeli na oddziale, a ja musiałam zawieźć im swój pokarm. Nie mogłam dźwigać, więc prosiłam ludzi na ulicy, żeby pomogli mi wsadzić do samochodu starszych braci, potem zostawiałam ich na chwilę u pielęgniarek, żebym mogła wejść na chwilę do młodszych.
Bliźniacy byli tylko trzy tygodnie w szpitalu, ale to były naprawdę trudne trzy tygodnie. A potem był dom i tak naprawdę moje życie to było karmienie, przewijanie, usypianie. Oboje z mężem byliśmy przemęczeni, na skraju przetrwania, bez kryzysu się nie obeszło.

Kryzys małżeński przyszedł zaraz po urodzeniu drugich bliźniaków?
Chwilę po. My byliśmy już tak przeciążeni, tak niewyspani, tak skrajnie zmęczeni, nasze organizmy były wycieńczone. To był bardzo trudny czas i powiem szczerze, było tak ciężko, że dzisiaj nie chcę o tym pamiętać.
Przetrwaliście. I dzięki temu można na Twoim blogu przeczytać Waszą historię, Wasze love story właściwie.
Tak (śmiech).
Nie ukrywasz tego, że Twój mąż jest od ciebie sporo młodszy.
Nie ukrywam i w ogóle uważam, że jeżeli chodzi o dobieranie się kobiety i mężczyzny zarówno pod względem temperamentu, jak i potrzeb życiowych, dużo lepiej funkcjonuje trzydziestolatka z dwudziestolatkiem niż odwrotnie.
To opowiedz o tym Waszym love story.
Przyszedł mi pomóc przy przeprowadzce i został (śmiech). To był dla mnie ciężki czas, potrzebowałam więcej pieniędzy, bo biologiczny ojciec dziewczynek nie płacił na nie alimentów, a oprócz tego, ja młoda i głupia, wzięłam różne pożyczki i kredyty dla niego i zostałam z tym wszystkim na głowie. Wymyśliłam więc, że wynajmę górę swojego domu studentom, a sama pójdę mieszkać do piwnicy. Bartek przyszedł pomagać mi znosić meble na dół i już tak został.
Ewo, nie bałaś się związać z dużo młodszym mężczyzną? Nie bałaś się reakcji znajomych, jego rodziny?
Pamiętam te pierwsze myśli, kiedy rozmawiałam z koleżanką, mówiąc jej, że to taki fajny facet, no po prostu idealny, wszystko jest tak, jak bym chciała, ten sam system wartości, te same priorytety, no ale tyle młodszy. To się nie uda. Widywaliśmy się codziennie i oboje przez długi czas twierdziliśmy, że to nie ma racji bytu.
Oczywiście, że był bunt rodziny, nawet moja mama powiedziała mi, że robię głupotę, bo to jeszcze dzieciak i że jego rodzina może mieć żal i pretensje. Jednak ja nie patrzyłam już na nikogo, tylko na swoje uczucia. W pierwszym małżeństwie zastanawiałam się, co wypada, a co nie, patrzyłam, jak się będzie z czymś czuła teściowa, to nimi się wtedy przejmowałam i nic mi dobrego z tego nie wyszło. I teraz powiedziałam – będę się przejmować wyłącznie sobą, myśląc tylko o sobie, bo tylko ja sama mogę sobie stworzyć takie życie, jakiego chcę, nikt inny. Poza tym on był już dorosłym mężczyzną, młodym, ale dorosłym. Zresztą, my byliśmy oboje poharatani, ja po rozwodzie, on po śmierci swojego brata. Rodzina dużo od niego wymagała, miał opiekować się mamą, miał być tym dorosłym i tak naprawdę mam wrażenie, że on zawsze był dojrzalszy niż ja. Był bardziej poważny, odpowiedzialny niż ja, pomimo tego, że był 11 lat młodszy. I właśnie dlatego nam wyszło.
Zdarzało Wam się usłyszeć nieprzychylne komentarze na temat Waszego związku?
Tak naprawdę nie miałam takich komentarzy wiele, były pojedyncze. Jeśli chodzi o moje działania w sieci, to miałam bardzo mało takich komentarzy, naprawdę. A w życiu rzeczywistym dwie osoby kiedyś się pomyliły i zapytały, czy to mój syn, ale to były starsze osoby i nie odebrałam tego jako złośliwości.
Był za to taki komentarz, że jak się ma takiego mężczyznę, to powinno się o niego dbać. Ja jestem innego zdania, albo chcemy być razem ze sobą, albo się rozchodzimy. Bo ja na pewno nie będę stała na głowie i wymyślała, co zrobić, żeby być dla niego dalej atrakcyjną, jeśli on nie byłby zainteresowany. Oczywiście, o związek trzeba cały czas dbać, ale to nie jest „dbanie o męża, bo sobie pójdzie”. Będzie chciał pójść w bok, to pójdzie, bez względu na to, czy ja będę stawać na rzęsach, czy na głowie. Musimy dbać o relacje, musimy dbać o związek, o to, co jest najważniejsze, ale jeżeli nie ma walki i chęci z dwóch stron, to nic się nie uda.
Mój mąż nigdy nie miał problemów z moim wiekiem, a w tej chwili w ogóle żadne z nas nie odczuwa tej różnicy. Powiedziałabym nawet, że czasami czuję się, jakby on był starszy ode mnie, ma więcej siwych włosów, on jest poważniejszy i poukładany, a ja dalej jestem trzpiotką, która zrobi coś, bo tak poczuje.
Oczywiście fizycznie widać, że jego ciało jest młodsze, ale on wygląda bardzo poważnie, a ja bardzo młodo. Mój mąż jest wysokim, postawnym mężczyzną, to jest kawał chłopa, po prostu, a ja pomimo nadmiaru kilogramów, jestem przy nim taką małą dziewczynką, sięgam mu pod pachę.
Pociągnę temat fizyczności, jak rozumiesz ciałopozytywność?
Ciałopozytywność to jest akceptacja samego siebie, ale akceptacja samego siebie w warunkach zdrowych, kiedy robię wszystko, żeby zadbać o swoje ciało. Natomiast jeśli masz otyłość drugiego czy trzeciego stopnia, dalej możesz siebie kochać, ale ze świadomością, że nad tym trzeba popracować, bo otyłość jest tak samo szkodliwa jak wypalanie dwóch paczek papierosów dziennie czy picie alkoholu, prowadzi do nowotworów i innych chorób. Uważam, że otyłości nie można zaakceptować, należy z nią walczyć, niekoniecznie od razu i już, bo na to są nam potrzebne często ogromne zasoby, ale nie można jej zignorować.
Ciałopozytywność to jest akceptowanie siebie i niewyszukiwanie sobie mankamentów, natomiast nie jest to akceptowanie choroby. A otyłość to choroba, z którą trzeba walczyć. Jak pozwolimy sobie kochać siebie tacy, jacy jesteśmy, to możemy dojść w bardzo niebezpieczne miejsce. Promowanie otyłego ciała nie jest dla mnie body positive, ale też nie wpływa na zmniejszenie poczucia mojej wartości. Nadal czuję się piękną, pełnowartościową kobietą, która musi przejść przez proces utraty wagi, dla swojego zdrowia i samopoczucia.

Jak sobie radziłaś z okropnymi komentarzami na temat swojej wagi, bo wiem, że takie się pojawiły.
Kiedy byłam na początku swojej drogi, to w momencie, kiedy ktoś powiedział na mnie „grubas”, byłam w stanie się popłakać. Natomiast teraz wiem, że trzeba mówić, że to jest choroba, że to jest problem i że trzeba o siebie zadbać i ją wyleczyć.
Usłyszałam kiedyś, że jestem głupia, bo nie zrobiłam sobie operacji zmniejszenia żołądka. Teraz jest duża moda na operacje bariatryczne, ale nikt nie rozumie, że takie operacje są swego rodzaju wspomaganiem, jak się nie zmieni nawyków, to ta waga później wraca. Żeby zrzucić kilogramy, trzeba zwalczyć przyczyny. Wiem, jakie u mnie są przyczyny otyłości. Nie zajadam się słodyczami, natomiast bardzo dużym problemem były dla mnie nieregularne posiłki, podjadanie w międzyczasie i nie mogłam przez długi czas o to zadbać z racji trybu życia i burzy hormonów. Ciągle byłam w samochodzie, ciągle byłam w drodze, czasami musiałam zajechać na pierwszą lepszą stację, żeby kupić cokolwiek, bo mi się zaczynało kręcić w głowie i robić słabo. Nie miałam czasu rano zjeść, bo szykowałem śniadanie dla wszystkich dzieci i nie zdążyłam już zrobić dla siebie.
A poza tym, jak się ma problem z otyłością, to zaczynają się problemy, o których człowiek szczupły sobie nawet nie pomyśli, czyli podstawowe czynności zaczynają być trudne, jak chociażby wchodzenie po schodach, zaczynasz sapać, nie masz siły. Nie chce się iść na spacer, nie chce się ćwiczyć, nie dlatego, że człowiek jest leniwy, tylko dlatego że organizm jest przeciążony, więc przekonanie samego siebie, że ruch jest fajny, jest trudne. Dodatkowo włącza się myślenie, że każdy ruch, który się wykonuje, jest po to, żeby schudnąć. Tańczysz nie dlatego, że masz ochotę potańczyć, tylko dlatego że musisz schudnąć i tracisz w ogóle chęć robienia czegokolwiek z przyjemności, wszystko jest po to, żeby wrócić do swojego starego ciała. To jest zniechęcające.
Taka jest rzeczywistość rodziców wcześniaków czy dzieci z niepełnosprawnością – nie mamy czasu dla siebie, nie mamy czasu ugotować, zjeść spokojnie. Cały czas jest coś do zrobienia, bo nawet jeżeli przedwcześnie urodzone dziecko wychodzi ze szpitala w dobrym stanie, to pewne problemy, nad którymi trzeba pracować, wychodzą wcześniej czy później. U Was też tak było, prawda?
Zawsze wcześniaki mają jakieś deficyty, bardziej lub mniej widoczne. Ja trzy miesiące za wcześnie urodziłam moich chłopców, to jest szalenie dużo. W pierwszej ciąży chcieli terminować jednego z bliźniaków. Mam mocną intuicję, ufam temu, co odczuwam i wiedziałam, że urodzę obu. Poród nastąpił w 28 tygodniu ciąży, chłopcy opuścili salę porodową z 10 i 9 punktami w skali Apgar.
Niestety los sprawił, że dziś jeden z synów mierzy się z mózgowym porażeniem dziecięcym, bo doszło do niedotlenienia. Będzie miał je zawsze, będzie musiał ćwiczyć dożywotnio, ale nauczyliśmy się z tym żyć. To nie jest coś, co go dyskwalifikuje w jakimkolwiek stopniu z życia, wymaga po prostu więcej wysiłku i pracy na co dzień w różnych obszarach życia.
To też wymaga tłumaczenia różnych rzeczy ludziom, którzy niestety są bardzo wścibscy, i albo nie wiedzą, jak zapytać i się wstydzą, albo robią to w taki bezpośredni i bardzo „prostacki” sposób, że ranią osoby z niepełnosprawnością. Kiedyś jedna starsza kobieta zapytała mnie, czy te dzieci z drugiej ciąży będą już normalne, takie „dorobione”, a nie tak jak te pierwsze.
Niepełnosprawność nadal pozostaje w Polsce tematem tabu. Ewo, drugie bliźniaki urodziły się w 33 tygodniu ciąży.
Tak i okazało się, że też się mierzą z problemami. Cała czwórka jest w spektrum autyzmu, ale szczęście w nieszczęściu, że ich spektrum pozwala im żyć i funkcjonować, po prostu trochę inaczej poznają świat, wymagają większego wsparcia, jednak są dziećmi komunikatywnymi, chodzą do szkoły.
Czy kiedy chłopcy poszli do szkoły, mogłaś dzięki temu trochę odetchnąć, zająć się pracą?
Niepełnosprawność jest rzeczą, która wymaga od nas bardzo dużo poświęcenia i pracy, determinuje nasze życie na każdej płaszczyźnie. Nie ma możliwości pracy na pełen etat oraz opiekowania się dziećmi z potrzebami, po prostu nie da się tego fizycznie połączyć. Nie da się, bo gdzieś zawiedziemy, albo w pracy, albo wspierając dzieci. Można natomiast pracować w nienormowanym czasie pracy i tego trzeba się nauczyć.

A jak się tego nauczyć, podpowiedz, proszę. Wiesz, znam mnóstwo kobiet z chorymi dziećmi, które nie pracują od wielu lat i nie wszystkie z nich wiedzą, jak wrócić na rynek pracy.
Nie oszukujmy się, są dzieci, które nigdy nie pozwolą kobiecie pójść do pracy, chociażby taka matka nie wiem, jak chciała, to nie jest w stanie, bo to są dzieci, które wymagają opieki 24 godziny na dobę. Kiedy jest pomoc dziadków, to super, ale nikt mi nie sprzeda bajki, że kobieta, która siedzi na zasiłku, będzie mogła zatrudnić nianię.
My potrzebujemy wytchnienia, pomocy osoby trzeciej, żeby złapać oddech, żeby zresetować mózg. Wrócę do problemu cielesności – dlaczego często kobiety, które są utrapione i mają dużo na głowie, nie chudną? Bo one jak mają czas, to nie idą biegać, bo są tak urobione i zmęczone, że najpierw muszą wyczyścić głowę, usiąść w ciszy i spokoju oczyścić myśli.
Działamy czasem jak roboty, nie mamy czasu usiąść i zastanowić się, w jakim miejscu jesteśmy. Dlatego pierwszą rzeczą, o którą musimy zadbać, jest zastanowienie się, jakie mamy zasoby, ile czasu będę miała dla siebie i czego potrzebuję. Czy jak mam dla siebie dwie godziny w tygodniu, to nie wolę położyć się spać w tym czasie, a nie pracować, żeby coś zarobić. Jesteśmy cały czas w poczuciu niewystarczającej ilości czasu, niewystarczającego przerobienia rzeczy, które mamy do zrobienia. I wiem też, że osoby, które się z tym nie zmagają, nie są w stanie sobie nawet wyobrazić tego rodzaju zmęczenia i utrapienia.
Oczywiście, musimy dążyć do tego, żeby być niezależne finansowo, bo bardzo często mężczyźni nie dają rady przejść przez chorobę dziecka i odchodzą. Zagubieni, przestraszeni. Zresztą nie tylko przy chorym dzieciaku, bo jak patrzę, to większość zdrad jest, kiedy dzieci są małe. Facet sobie nie radzi i szuka ukojenia poza domem. Mężczyźni potrafią być egoistami, a my kobiety mamy z tym bardzo duży problem. A przy natłoku obowiązków musimy nauczyć się zdrowego egoizmu i myślenia o sobie, to jest pierwsza podstawowa lekcja dla kobiet.
Musimy nauczyć się też proszenia o pomoc.
Tak, oczywiście! Czasami nawet tupnięcia nogą, zawołania: „ja tu jestem, zauważ mnie, potrzebuję pomocy”.
No dobrze, Ewo, ale jak w takim razie to wszystko ogarnąć. Bo mamom dzieci z niepełnosprawnością jest trudniej, ale przecież są dziewczyny, które mają zdrowe dzieci i też nie zawsze, szczególnie przy maluszku, udaje im się nad wszystkim zapanować. W Twoim sklepie sprzedajesz planery, które pomagają tak zorganizować życie, aby ułatwić sobie codzienność.
Ja je stworzyłam dla siebie. Zwykły kalendarz oraz karty, które pomagają okiełznać życie, p.. planowanie budżetu, zapisywanie spotkań czy wizyt lekarskich, ale w specjalny sposób, żeby o niczym nie zapomnieć, te karty ułatwiają nam funkcjonowanie na co dzień. Chodzi o to, że działając szybko, działamy bez zastanowienia. A jak nie mamy planu, to tracimy dwa razy więcej czasu. Dlatego zastanów się, czego potrzebujesz, jaki jest Twój system wartości, ustal sobie sama ze sobą, co jest dla Ciebie ważne. Dla jednej kobiety będzie istotne to, żeby dobrze wyglądać i nie wyjdzie do sklepu bez makijażu, a inna ma to w nosie i może iść po zakupy w dresie, ale musi mieć ugotowany obiad w przeciwieństwie do innej, która chętnie kupi coś gotowego.
Kiedyś nie delegowałam obowiązków, ale w pewnym momencie wiedziałam, że muszę wziąć pomoc do dzieci, bo nie dam rady. Wzięłam więc do pracy młodą, fajną dziewczynę. Ja nigdzie nie wychodziłam w tym czasie, byłam w domu, ale miałam czas, żeby usiąść przy stole, wypić ciepłą kawę i pomyśleć.
Niektórzy się dziwili, że nie chcę się wystroić i pójść z koleżankami na imprezę czy na zakupy, ale ja miałam tak wycieńczony organizm, że potrzebowałam się odbudować. Nie myślałam o tym, żeby ćwiczyć czy oglądać filmy, chciałam posiedzieć sama ze sobą i poukładać sobie w głowie. I od tego się zaczęło. Wyeliminowałam wszystko to, co było zjadaczem czasu, co mnie rozpraszało.
Czyli co takiego?
Przede wszystkim telewizję. Szkoda mi czasu na seriale, a dziewczyny wracają do domu i oglądają te wszystkie seriale. Ja takie filmy mogłam oglądać, jak miałam lat 17, ale jak słyszę, że dorosłe kobiet siedzą przed ekranem i nie można do nich zadzwonić, bo stracą odcinek, to ja się zastanawiam, o co w ogóle chodzi.
Żyjemy naszym życiem czy żyjemy fikcją? To jest często wchodzenie do świata, w którym jest ładnie i zamiast sobie urządzić własne życie, to my podglądamy innych. To samo dzieje się na Instagramie, kobiety, zamiast zadbać o swoje życie, posprzątać swoje podwórko, oglądają celebrytki, bo myślą sobie, jak one mają cudownie, jeżdżą na wakacje itp. Nieprawda, bo na tym Instagramie jest jak w serialu, obłuda i krzywe zwierciadło, tylko ludzie tego nie widzą. Uważam, że wiele kobiet zatraca siebie, zajmując się życiem innych – bohatera serialu czy sąsiadki. Pozbawia się pierwiastka decyzyjności i w ogóle myślenia, bo prościej patrzeć na kogoś czy serial. My możemy mieć takie samo życie, takie, jakie sobie wykreujemy. Oczywiście, że są rzeczy, które nas blokują, ale to my jesteśmy odpowiedzialni za własne życie. Trzeba podjąć decyzję, z czego mogę zrezygnować i czego chcę. To jest kwestia tego, co się lubi, wybierasz, co jest dla Ciebie ważniejsze.
Jak mam potrzebę wyjścia z domu, bo czuję, że po prostu za chwilę wybuchnę, to mówię do mojego męża, żeby mnie zabrał na randkę. Zostawiamy z kimś dzieci, a jak nie znajdziemy osoby trzeciej do opieki nad nimi, bo oczywiście może się tak zdarzyć, ba, nawet taka sytuacja zdarza się dużo częściej, to Bartek z nimi zostaje, a ja wychodzę sama.
Warto mieć w sobie zgodę na to, że nie wszystko może nam wyjść tak, jak zaplanowałyśmy.
Tak, czasem się udaje wyjść razem, czasem nie. To nie jest tak, że jak ja sobie zaplanuję, że tak będzie, to tak musi być. To nie są porażki, takie jest życie i nie zawsze nam daje to, czego byśmy chciały. Najłatwiej to zauważyć, jak zaplanujemy pracę, a dzieci są chore i trzeba zostać z nimi w domu.
Ewo, masz za sobą trudną historię uwikłania w toksyczny związek, Twoje pierwsze małżeństwo nie było udane. Nie każda kobieta ma siłę i możliwości, aby odejść od męża. Ty zostałaś sama z dwójką dzieci, nie było łatwo. Co poradziłabyś kobietom, które chciałyby uciec z trudnej relacji, ale jeszcze się boją?
Po pierwsze trzeba się do tego przygotować, to nie jest tak, że wymyślisz sobie dziś, że odchodzisz, musisz mieć plan, jak odejść. Musisz o tym pomyśleć, bo odchodzenie ad hoc nic nie da, trzeba się odpowiednio przygotować. Często jest tak, że to mężczyzna zarabia pieniądze i nie dopuszcza do nich kobiety, ale jesteśmy małżeństwem i połowa jest nasza, tylko musimy się zastanowić, jak to udowodnić. Warto pozbierać różne dowody na winę męża, jeśli np. zdradza albo używa przemocy, to jest bardzo ważne. Zbierz dokumenty pokazujące, ile kosztuje wychowanie dzieci, zbieraj rachunki i faktury imienne, policz, ile kosztuje życie. Zapisuj, wszystko notuj.
I nie opowiadaj nic nikomu. Bo rzadko kiedy ktoś pomoże. Kiedy zdradzał mnie mąż, wszyscy wiedzieli i nikt mi nie powiedział. A dlaczego? Bo nie chcieli się wtrącać, a część miała świetną zabawę i poczucie, że u nich jest lepiej, fajnie się patrzy na cudze nieszczęście. Od nikogo nie dostałam wsparcia. Pewne rzeczy robi się po cichu, trzeba działać z zaskoczenia.
Początek jest przerażający, najbardziej boimy się pomyśleć, że mogłoby być inaczej niż do tej pory, ale obiecuję, że jak już się zrobi ten najtrudniejszy krok, to przychodzi ulga. Oczywiście, bycie samodzielnym rodzicem jest bardzo trudne, ale jest o niebo lżejsze niż życie z toksycznym człowiekiem.

Niekiedy ludzie mijają się w małżeństwie, warto wtedy próbować ratować to, co zostało, choć nie zawsze się udaje.
Ja nie mówię o małżeństwach, gdzie ludzie się nie dogadują, bo się rozminęli, bo takie rzeczy się reperuje. Ale trzeba też wiedzieć, co nam szkodzi, zrobić rachunek sumienia i zastanowić się, czy ja chcę żyć z tym człowiekiem. Bo często jesteśmy w związkach, w których jesteśmy nieszczęśliwe, niezrozumiane. I na pewno wiele kobiet się ze mną zgodzi, że weszły w związki, w których nigdy nie były szczęśliwe. No a jak masz związek, w którym jest Ci zawsze źle, to jaki jest sens go ciągnąć?
Ja to widzę na przykładzie moich dwóch małżeństw. Pierwszy związek był beznadziejny i tam nie było czego ratować. W moim drugim małżeństwie też miałam kryzys, ale ratowanie tego polegało na tym, że stawaliśmy się jednością, że razem o siebie walczyliśmy, żeby pokonać trudną sytuację i to nas jeszcze bardziej zbliżało do siebie.
Ewo, ostatnie pytanie, które zadaję każdej swojej rozmówczyni. Co byś chciała przekazać wszystkim kobietom?
Nauczcie się myśleć o sobie. Nauczcie się żyć dla siebie, zastanówcie się, jaki jest Wasz cel, co chcecie osiągnąć, jak chcecie żyć, co sprawia, że jesteś szczęśliwe. I róbcie to, co Was będzie zbliżało do tego, co powoduje, że macie radość życia.
Pamiętajcie też, że kiedy jesteśmy młode, inaczej patrzymy na świat. Wydaje nam się, że jeszcze tyle jest przed nami, czekamy na te wielkie chwile, na to wszystko, co się jeszcze wydarzy. A przecież życie jest tu i teraz, trzeba się nauczyć cieszyć z małych rzeczy, bo to one właśnie powodują, że jesteśmy spełnione i szczęśliwe.